"Nie przebaczam" - wspomnienia Tadeusza Rydzewskiego

 

 

Jeziorkowski las. Kolejne już obchody, upamiętniające zbrodnie popełnione przez Niemców, na mieszkańcach takich terenów gminnych jak: Andrzejewo, Nur, Jasienica, Brok... Do tej pory (19. 06. 2016r.) odnaleziono 13 rodzin pomordowanych, którzy spoczywają w jednej z trzech mogił. Nazywani są "rodziną jeziorkowską". Najbardziej znaną osobą wśród nich jest tzw. "Babcia Stasia", czyli Stanisława Zakrzewska z gminy Andrzejewo, która przez dziesięciolecia szukała miejsca spoczynku swojego ojca Stanisława. Gdy zobaczyła jego nazwisko na płycie nagrobnej, zalała się łzami. Dzisiaj jest już szczęśliwa i spokojna; wie gdzie jest pogrzebany jej ojciec, ma gdzie zapalić znicz. 

Na kolejnych już obchodach rocznicowych, nie mogło zabraknąć chóru szkolnego "Szkolne Słowiki" ze Szkoły Podstawowej im. Władysława Broniewskiego w Jeziorku, pod przewodnictwem Beaty Sejnowskiej - Runo. Pani Beata, jest też społecznym kustoszem jeziorkowskiego miejsca pamięci. Była też reprezentacja Straży Pożarnej.

W tegorocznych uroczystościach, wziął udział świadek tragicznych wydarzeń z okresu wojny. Tadeusz Rydzewski opowiedział historię swojego życia, którą zakończył gorzkimi słowami: "nie przebaczam". Jego życzeniem była publikacja tekstu, którego część przytaczam poniżej (poprawiono tylko niektóre błędy, które nie ingerują w przekaz Pana Rydzewskiego).

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

„Wspomnienie z czasu okupacji niemieckiej w Polsce 1941 – 45, Aresztowanie, Więzienie Gestapo w Łomży, Obóz Koncentracyjny Stutthof, Marsz Śmierci.

 

Do Grupy Młodzieży Niemieckiej udającej się do Jeziorka – Las

 

 

     Ja, Tadeusz Rydzewski, były uczeń tajnego Gimnazjum w Łomży, więzień Gestapo w Łomży i więzień OK Stutthof k/Gdańska – niestety nie mogę przybyć na spotkanie z Wami. Powodem jest duża odległość – 600 km i mój wiek 91 lat. Ale tą drogą, na piśmie chcę z Wami porozmawiać.

     Nie Wy młodzi odpowiadacie za Waszą historię z ostatnich lat. Winni są wasi przodkowie, którzy w sposób nonszalancki poddali się psychopatom na punkcie rasizmu, wielkości i dominacji Niemiec za cenę największej zbrodni w dziejach Świata.

      Ci „bohaterowie” spod znaku Hitlera, Goebbelsa i wielu, wielu innych z okresu zwycięstw, okazali się tchórzami, gdyż uciekli przed konsekwencjami popełniając samobójstwa. Goebbels, świadom dokonanych zbrodni, w końcu zamordował swoją żonę, sześcioro swoich dzieci i siebie. Straszne… Po Hitlerowsku.

      Ja z rodziną doznałem strasznych niemiecko – hitlerowskich cierpień. Byłem wówczas młodzieńcem, uczniem tajnego gimnazjum w Łomży, bo niemiecki okupant zamknął, zlikwidował dosłownie wszystkie polskie szkoły podstawowe, ponadpodstawowe i wyższe. Szczytem tego było zamordowanie wszystkich Profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie – jednego z najstarszych w Europie oraz Profesorów Uniwersytetu Lwowskiego. Budynki Szkoły Podstawowej w Jeziorku zajęła niemiecka Żandarmeria.

      Dramatyczne było życie mojej rodziny i milionów rodzin w Polsce i w Europie. Sadyzm, mordy i śmierć były w każdym dniu i w każdym miejscu.

      Dla potwierdzenia niniejszych słów przywołuję dzień 15 lipca 1943r, wtorek, dzień bardzo słoneczny, letni. Jako uczeń Tajnego Gimnazjum około godziny 10 wracałem z lekcji łaciny. Pod koszulą miałem książkę „Ab urbem condita” oraz notatnik. Idąc ulicą, w pewnym momencie wyrósł przede mną Żandarm i uderzył mnie z taką siłą, że upadłem. Wrzeszczał „Mütze ab!” („Zdjąć czapkę”). Po chwili podniosłem się a ów żandarmdokonał osobistej rewizji. Brzuch tak głęboko wciągnąłem, że książka znalazła się jak w kawernie i jej nie wyczuł. A co by było gdyby znalazł u mnie książkę? Mogło być rozstrzelanie, więzienie i Auschwitz dla mnie i ewentualnie dla nauczyciela – jeżeli bym go zdradził pod wpływem bicia. Znam to z doświadczenia, z osobistych doznań od niemieckiego okupanta.

       Poszedłem dalej i tą ulicą jechały 3 samochody ciężarowe okryte całe plandekami. Poczułem głęboki niepokój. Oczyma śledziłem kierunek ich jazdy. A one jechały z aresztowanymi tej nocy ludźmi z Łomżyńskiej Inteligencji. Były tam całe rodziny: mężczyźni, kobiety i dzieci – około 50 osób. Po 3 godzinach w Łomży było już wiadomo, że dokonano strasznej zbrodni w lesie Jeziorko. Wśród nich było kilku moich Profesorów. Grób płytko przysypali, wielokrotnie przejechali ciężarowym samochodem. Odjechali niemieccy żandarmi spod znaku Hitlera z szyderczym zawołaniem „Gott mit uns”. Po godzinie, na miejscu zbrodni był mój brat Antoni. Stwierdził, że ziemia jeszcze się ruszała a na mogile zostawiono opakowania po czekoladzie, którą otrzymali Żandarmi jako premię za wykonanie zadania i nabrania sił do dalszych zbrodni.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

      To było 15 lipca 1943r. Ale to była trzecia masowa zbrodnia w tym miejscu i w tym lesie. Pierwsza dokonana w lipcu 1942r. Morderstwo – rozstrzelanie Starców z Domu Opieki Społecznej z Łomży i z Pieniek Borowych. Razem 95 osób. Za co? Przyjechali i tłumaczyli, że przewożą ich do lepszych warunków życia. I spełnili swoje obietnice przez rozstrzelanie i wysłanie do Nieba. Druga zbrodnia to zbiorowa mogiła 62 więźniów z Łomży z nocy 29/30 czerwca 1943r. Trzy zbiorowe mogiły zbrodni niemiecko – hitlerowskich. Niech to miejsce śmierci, „Miejsce Święte” świadczy potomnym na wieki, bo to są Pomniki Historii.

      Natomiast 24 sierpnia tego samego roku nastąpiły aresztowania w Jeziorku, w tym całej mojej rodziny. Mojego brata Józefa zabili podczas aresztowania. Bracia Stanisław i Antoni oraz Mateczka, siostra Maria i ja zostaliśmy osadzeni w hitlerowskim więzieniu w Łomży. Aresztowano również trzy osoby z rodziny Kowalewskich oraz Jana Marchewkę i Franciszka Gałązkę. Przez trzy i pół miesiąca w więzieniu nie widziałem człowieka w rozumieniu „Homo” – „człowiek”, natomiast wielokrotnie w ciągu dnia byli przeważnie młodzi niemieccy sadyści, zbóje i mordercy. W ciągu zaledwie kilku dni sadystycznie zamordowano brata Stanisława. Zakatowano z przywiązanymi do stołu rękami i nogami. Uczynili to na naszych oczach w sali tortur. Nocą zakopano jego zwłoki na kirkucie żydowskim.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

      A my – mateczka, siostra, brat i ja zostaliśmy poddani zbrodniczym przesłuchaniom. W następnej kolejności zabrali się za brata Antoniego. Wiszącego na wewnętrznej szubienicy w Sali tortur wielokrotnie jego podnoszono i opuszczano. W pewnym momencie puścili na niego tresowanego policyjnego psa, który wyrwał kawał ciała z pośladka. I tak zmasakrowanego wrzucili do celi więziennej. Rana wielka. Dla zatamowania krwi urwał skrawek podszewki z marynarki, zwilżył moczem i jako opatrunek przyłożył do rany. Było to skuteczne, bo zahamował krwotok i zdezynfekował ranę. Ten kawałek szmaty wrósł w jego ciało i pozostał tam już do śmierci w 1991r.

     Wspomnę o sobie – jak tylko przywieziono nas do więzienia, żandarm na powitanie uderzył mnie pękiem kluczy więziennych wagi 1 – 2 kg. Fontanna krwi zalała mi głowę, po czym wrzucono mnie do celi. Było w niej względnie jasno, ale zapach świeżej krwi wzbudził miliony pcheł tam przebywających i zrobiło się od nich dosłownie szaro. Miały czym się pożywić, bo na taka „ucztę” czekały. Na głowie wytworzyła się skorupa z krwi. Przez trzy i pół miesiąca ani razu nie było wody na obmycie ciała ani nawet przetarcie oczu. Na cały dzień otrzymywałem jeden garnuszek kawy zbożowej, kromkę chleba i miskę zupy, ale w ogóle wody. Po niemal codziennych torturach, czasem kilkakrotnych, organizm był na tyle spragniony, że raz spróbowałem nawet moczu. To było piekło. Tak, jakbym napił się kwasu solnego lub siarkowego.

      Bicie czymkolwiek, bykowcami lub linkami było bardzo częste. Szczególnie jedno utkwiło mi w pamięci, które opiszę. W niedzielę, pod mur więzienny przychodzili ludzie, aby pokazać się na zewnątrz więźniom lub przekazać jakieś informacje, gdyż żadne wizyty nie były możliwe. Ja również przesunąłem swój „kibelek” pod okno, by z podwyższenia coś dojrzeć. I mnie stojącego w oknie musiał zobaczyć strażnik z zewnątrz i odnotował numer mojej celi. Numery były czytelne pod każdym oknem. W pewnym momencie w środku dnia wpadło do mnie dwóch żandarmów w cywilu. Rzucili mnie na pryczę żelazną i zaczęli okładać bykowcami – jeden w plecy drugi w pośladki. Tak tłukli aż się zmęczyli. Na chwilę przerwali, zrzucili marynarki, zapalili papierosy, odpoczęli i ponownie pastwili się nade mną. Ja, pomimo piekielnego bólu, tylko po cichu wzdychałem – nie wydając żadnych głośnych dźwięków. Stosunkowo blisko mojej celi siedział brat Antoni i nie chciałem, żeby rozpoznał mnie po głosie, bo sam przeżywałem jak jego katowano. Przeżycie i odczucie tego było tak wielkie, że wolałbym przejąć ten ból na siebie. Później, w czasie transportu do obozu inni więźniowie osadzeni przy mojej celi wspominali, że podczas tamtych tortur odmówił za mnie „Wieczny odpoczynek”, gdyż myśleli, że nie żyję. Po tych katuszach od opuchlizny pękły mi spodnie, a na plecach czułem jakbym miał bochenek chleba. Leżałem i spałem tylko na brzuchu. Ból piekielny! Nie dało się przegryźć żelaznej pryczy, bo była za twarda.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

      I tak przeżyłem jeszcze wiele zdarzeń. Jeszcze jedno z nich opiszę. Święto Niepodległości Polski 11 Listopada. Tego dnia wyprowadzono wszystkich więźniów na plac więzienny. Schodziliśmy schodami, po trzy osoby w szeregu. W trojce idących przede mną rozpoznałem brata Antoniego tylko po marynarce – tak był zmieniony. Dla upewnienia zawołałem do niego „Antoś, to ty?...” Faktycznie to był on. A miał wówczas zaledwie 21 lat – i tak skatowany. Jak tylko więźniowie zeszli, wówczas na mocy odczytanego hitlerowskiego wyroku powieszono sześciu więźniów na jednej dużej szubienicy. Po dokonaniu tego mordu więźniowie wrócili do swoich cel.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

      Niemal codziennie około godz. 22 podjeżdżały samochody po więźniów na wykonanie egzekucji w lesie. Zatem w tym czasie zawsze byłem gotowy na opuszczenie celi.

      Dnia 13 grudnia 1943 roku wyprowadzono 70 osób z więzienia i transportem kolejowym w wagonach bydlęcych przewieziono do Obozu Koncentracyjnego Stutthof/k Gdańska. Tam już w 1939 roku osadzono aresztowanych Obrońców Poczty Gdańskiej oraz Polonię z Gdańska i Pomorza. Podczas transportu po raz pierwszy od aresztowania spotkaliśmy się w bolesnym uścisku – Mateczka, siostra Maria, brat Antoni i ja – Tadeusz. To było spotkanie bardzo bolesne, bo już dwóch braci nie żyło. Z miejsca , po zarejestrowaniu w obozie, skierowano nas do łaźni, gdzie odbyło się pełne strzyżenie, golenie i mycie. Zdjęto mi z głowy skorupę krwi.

       Miałem numer obozowy 27164. Rozdzielono nas na stary obóz kobiecy i nową część – dla mężczyzn. Jeden blok obejmował 500 więźniów w dwóch salach po 250 osób. Mnie ulokowano w bloku dwunastym. Po sąsiedzku znajdował się blok jedenasty, w którym więziono członków byłego Rządu Litewskiego oraz więźniów z Norwegii, Danii i Świadków Jehowy narodowości niemieckiej. Wszyscy tam zlokalizowani stanowili elitę obozową. Nie byli ostrzyżeni, nie chodzili do pracy, otrzymywali paczki z Czerwonego Krzyża.

       Głód, ciężka praca, wyżywanie się nad więźniami, męczące długotrwałe apele, częste szubienice (stałem bardzo blisko) – to wszystko powodowało ogromną śmiertelność. Była ona tak wielka, że krematorium nie nadążało palić zwłok, zatem ułożono stos, który palił się przez kilka dni. Zaduch palących się zwłok był nie do zniesienia. Dwie osoby z naszego łomżyńskiego transportu już po dwóch tygodniach znalazły się w krematorium – Franciszek Gałązka i Jan Kowalewski. Ale mimo to pozostał maleńki promyk nadziei, który zawsze się tlił.

       Jeszcze wcześniej, na samym początku pobytu w obozie, widziałem transport Żydów z Węgier. Wśród tej licznej grupy wyróżniała się prześliczna dziewczyna, ubrana w gustowne futerko. Miałem wówczas 18 lat i pomimo tragicznych okoliczności jej spojrzenie wzbudziło we mnie chęć życia. A teraz poproszę o chwilę zadumy. Ta dziewczyna wraz z milionami ludzi została wpędzona do Gazkamery a następnie spalona jak śmieć w Krematorium lub na stosie. Czyniono to w imię idei Hitlera, Himmlera, Goebbelsa, a przede wszystkim w imię „Duetschland, Deutschland”. […]

      Vis a vis naszego bloku, za drutami, zlokalizowano obóz żydowski. Cyklicznie przybywały transporty Żydów. Po przybyciu zostawali na dworze, bez schronienia i bez jedzenia. Po tygodniu z całego transportu nikt nie pozostawał żywy.

       Brat Antoni pracował w obozowym transporcie. Duża przyczepa i sześć osób. Od wczesnego rana zbierali trupy spod bloków do krematorium, a następnie rozwozili prowiant śniadaniowy, potem przesyłki pocztowe, na końcu obiad i kolacja. Przy stanie obozu 25 tys. osób musieli się szybko uwijać.

       Niektórzy więźniowie nie wytrzymywali tych warunków obozowych i decydowali się na ucieczkę. Ale nie słyszałem, żeby komukolwiek udało się uciec. Ewidencja osób wychodzących i powracających z pracy była bardzo ścisła. Jeśli stwierdzono brak chociaż jednej osoby, wówczas apele obiadowe lub wieczorne trwały aż do skutku – do znalezienia tej osoby żywej lub martwej. Kary dla uciekinierów były bardzo drastyczne. Wykonywano je na zbiorowych apelach. Dla niektórych było to tylko 50 lub 100 batów, ale częściej karano takie przewinienie szubienicą. Stałem bardzo blisko szubienicy. Jeden z takich wyroków utkwił mi głęboko w pamięci. Otóż dwaj młodzi chłopcy, nastolatkowie, Rosjanie, ponoć bracia, uciekli z obozu, po czym zostali złapani i doprowadzeni do obozu. […] Jednemu z nich załamał się podest zaraz po założeniu pętli i zawisł na sznurze, drugi wówczas zawołał „Niech żyje Komuna! Sowieci odpowiedzą Wam za nasze młode życie, moje i mojego brata!” Tego się nie zapomina.

       Żandarmi, strażnicy, byli wychowankowie Hitlerjugend mieli wpojone do maksimum zbrodnicze zachowania. Musieli codziennie dokonać jakiejś zbrodni na więźniach, bo to było ich zachowanie obywatelskie. Charakterystyczny przykład takiego zachowania to zdarzenie już z Marszu Śmierci. Podczas przemarszu przez most nad rzeką jeden z żandarmów chwycił pierwszego z brzegu więźnia i przerzucił go przez barierkę. Podczas jego spadania strzelał do niego z karabinu jak do kaczki. Ów żandarm we własnym mniemaniu musiał dokonać jakiejś zbrodni, gdyż inaczej taki dzień był dla niego dniem straconym. Był to młody człowiek ok. 25 lat, szkolenie w Hitlerjugend musiał chyba zakończyć z wyróżnieniem – gotowy do mordu. […]

       Dzień 25 stycznia 1945 roku. Stan więźniów w całym obozie – 25 tys. We wczesnych godzinach rannych rozpoczęła się ewakuacja w grupach po tysiąc osób. Od samego początku – głód, mróz, zwały śniegu i pędzenie nas przez pola, bo szosy były zajęte przez wojsko, ogromnie zwiększały trud marszu i wycieńczenie. Zaistniał dosłowny „marsz śmierci”. Spaliśmy na podwórzach gospodarstw lub w stodołach. Więźniowie, którzy nie nadążali w marszu, po strzale w głowę zostawali na poboczu drogi. Stwarzał się tumult i tłoczenie się do przodu, aby nie pozostawać w tyle. Przydroża zostały usiane trupami.

      Chociaż te Marsze Śmierci były wielokrotnie opisywane w książkach, filmach i obrazach, to jednak nie oddały rzeczywistości tamtych dni. Obsada żandarmerii była tak szczelna, że więźniowie pędzeni przez własne miejscowości nie byli w stanie uciec. Kaszubska społeczność z narażeniem wspomagała nas żywnością, każdy kęs chleba był wart życia. Ja szedłem osiem dni. Na noc 3 lutego zamknięto nas w kościele w m. Luzin/k Kartuz. Kościół zamknięto i zaryglowano. Mogło być jeszcze wówczas połowa z tysiąca osób grupy wymarszu. Z tego kościoła wraz z kolegą Jerzym Zawistowskim wyskoczyliśmy przez okno. Pomogli nam koledzy nasłuchujący marszu wartownika wokół kościoła. Jerzy, ten sam współwięzień z Łomży, który jeszcze w więzieniu odmówił za mnie „Wieczny odpoczynek”. Po dwóch miesiącach tułaczki po lasach i stodołach wracaliśmy do domów przez totalnie zniszczoną Warszawę. Szliśmy pieszo i jechaliśmy, czym się dało. Jadąc pociągiem z Warszawy do Białegostoku mój kolega Jerzy spotkał znajomego z Mińska Maz. Wówczas dowiedział się, że jego rodzice, żona i jednoroczna córeczka zostali zabici przez Niemców. Przeżyła tylko jego siostra, której w czasie ucieczki kule wielokrotnie podziurawiły płaszcz. Moja Mateczka wraz z siostrą Manią, wywiezione na wyspę Rugia zaszyły się w lesie do czasu wyzwolenia. Wróciliśmy w różnym czasie do Domu, którego już nie było.

Dramat wojenny mojej rodziny:

Mateczka i siostra Maria – więzienie i obóz koncentracyjne

Brat Józef – żołnierz AK, ps. „Bor”, porucznik, zginął od kul niemieckich

Brat Stanisław – żołnierz AK, ps. „Karpa”, zamordowany w więzieniu

Brat Antoni – uczeń tajnego gim., żołnierz AK, ps. „Boruta” – więzienie i obóz

Siostra Felicja – zginęła w czasie powstania Warszawskiego osierocając czteromiesięczną córkę Elę

Siostra Todzia – żołnierz AK, ps. „Jadzia”, porucznik, przeżyła wojnę w ścisłej konspiracji

Ja, Tadeusz – uczeń tajnego gimnazjum, żołnierz AK, ps. „Czupurny” – więzienie i obóz

      

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dziś mając 91 lat żyję wspomnieniami i nie mogę również się nadziwić, że wielki naród niemiecki dał się utopić w tak wielkiej zbrodni. To hańba na tysiąclecia.

      Wy młodzi Niemcy już powojenni staliście się spadkobiercami tragicznej historii narodu niemieckiego. Ciąży na Was ogromna odpowiedzialność w budowaniu pokojowych, międzyludzkich stosunków wewnętrznych i zewnętrznych.

      Takiego okresu tragicznej historii nie da się wymazać ani zapomnieć, bo chociaż nie będzie już świadków tamtych dni to jednak pozostaną Pomniki i Kamienie, które wołać będą. Takim pomnikiem jest między innymi las w Jeziorku. […]

      Zawsze bliskie mi było ewangeliczne zawołanie, „kto w ciebie kamieniem, ty w niego chlebem”. Opiszę pewne zdarzenie – po nieudanym zamachu na Hitlera w Wilczym Szańcu w 1944r. nastąpiło pewne złagodzenie rygoru dla więźniów wszystkich OK. Pozwolono nawet na przesyłanie i odbiór paczek żywnościowych pod ścisłą kontrolą żandarma. Otrzymałem taka paczkę z utęsknionym i wymarzonym chlebem. A pragnienie chleba wśród więźniów było tak powszechne, że często słyszało się wyrażenia „najeść się do syta chleba i mogę umierać”. Otóż w czasie jedynej 15 min. przerwy w pracy trzymałem w ręce kromkę chleba. Zauważył to więzień, który podszedł z prośbą o podzielenie się. Spojrzałem na niego – młodzieniec w moim wieku z winklem czerwonym i literą D obok nr więźnia (winkiel czerwony oznaczał więźnia politycznego, litera oznaczała narodowość). Wówczas we mnie nastąpiło głębokie przeobrażenie, przeżyłem szok. Dotarło do mnie, że wśród Niemców są również ofiary nazizmu – że nie wszyscy Niemcy są zbójami. Podzieliłem się tą kromką, którą trzymałem w ręce. Dla mnie był to psychiczny przełom. Nastąpiła ulga w cierpieniu i wiara, że jeszcze nie wszystko stracone. Fakt ten wzmocnił mnie wewnętrznie i dodał sił do przetrwania. Uważam ten fakt za symbol z pozoru drobny ale godny przekazania – kto w ciebie kamieniem ty w niego chlebem.

Pozdrawiam z nadzieją lepszego jutra…          Amen….”

 

                                Tadeusz Rydzewski mgr inż dr hc

 

      

 

Dumny przedstawiciel "rasy panów"

Tadeusz Rydzewski w Jeziorku. 19.06.2016r.

Zniszczona Łomża

Zdobywcy Łomży

Grób Rydzewskich w Piątnicy

Mogiła w lesie jeziorkowskim

© 2015 by "This Just In". Proudly created with Wix.com