top of page

Ślachta


    W tym roku (2024), nakładem wydawnictwa „Czarne” ukazała się książka Macieja Falkowskiego pod tytułem „Ślachta. Historie z podlasko-mazowieckiego pogranicza”. Już sam tytuł sugeruje tematykę, ale oddaję głos autorowi:


    Gdy jako dziecko słuchałem opowieści babci, miałem wrażenie, że oglądam film. Widziałem „Ruskiego”, który w 1940 lub 1941 roku, grając na bałałajce, płoszył konie nad rzeką Brok, i piękną lalkę, którą pewna Żydówka podarowała mojej prababci w zamian za przeprowadzenie przez granicę. Słyszałem świst kul, od których zapaliła się wieś, i jęki rannych w prowizorycznym szpitalu urządzonym jesienią 1939 roku w miejscowym kościele.


    Dopiero z biegiem lat te rozsypane obrazy zaczęły układać mi się w spójną całość – zapis historii trzech pokoleń prostych ludzi, żyjących i mieszkających w okolicach Zambrowa, Wysokiego Mazowieckiego i Łomży. Tam, gdzie Mazowsze miesza się z Podlasiem. O jego specyfice w znacznym stopniu zadecydowała jedna warstwa społeczna – drobna szlachta, w tutejszej gwarze „ślachta”, od wieków gospodarująca tu na swoim, fanatycznie przywiązana do własnej ziemi i Kościoła katolickiego, zamknięta w sobie i nieufna wobec świata zewnętrznego. To właśnie o niej opowiada ta książka.


    Ponieważ publikacja traktuje również o Andrzejewie i najbliższej okolicy, warto się nią zainteresować. Zwłaszcza, że jest ładnie napisana i widać, że autor zna i czuje tutejszy klimat. Niestety są też fragmenty, które nie wszystkim miejscowym się spodobały (ja również zwróciłem na nie uwagę). Istnieje też kilka nieścisłości, insynuacji, a nawet informacji, które trudno uznać za wiarygodne. Postaram się wyłuszczyć kilka przykładów, a zacznę od dalszej okolicy, bliżej Białegostoku. Autor pisze:


    Trzeba uważać czy można mówić swobodnie? Jeśli Iwaniuk, to swój, jeśli Malinowski, obcy. Jeśli ma blachy BWM czy BZA – obcy, BHA – swój, BSI czy BBI – na dwoje babka wróżyła. I na odwrót.


    Po kilku głębszych wychodzi, że jedni to wciąż ruscy, drudzy – szlachta, której gdzieś w głębi serca zazdrości się większych gospodarstw i zamożności i obawia się jej gospodarczej ekspansywności. Ktoś wspomni Burego, pacyfikacje prawosławnych wiosek w latach czterdziestych, powojenną bandyterkę utożsamianą tu z antykomunistyczną partyzantką albo marcowe marsze w Hajnówce z okazji Dnia Żołnierzy Wyklętych, które dla miejscowych są niczym splunięcie w twarz. Ktoś inny współpracę prawosławnych z komunistyczną bezpieką i ich ochocze wstępowanie do milicji. „Bury morderca”, „kacapy”. Kijem w mrowisko jest pojawiający się od czasu do czasu, ni stąd, ni zowąd, napis na przystanku albo tablicy z nazwą miejscowości.


Kapitan Rajs na czele oddziału.

    Co do „Burego”, czyli kapitana Romualda Rajsa, Falkowski wyjaśnia, że „dowodzone przez niego oddziały odpowiedzialne były za pacyfikacje kilku prawosławnych miejscowości w okolicach Bielska Podlaskiego i Hajnówki, w których zginęło kilkudziesięciu cywilów. W 1949 r., w ramach pokazowego procesu został skazany na karę śmierci, która w 1995 r. została uznana za zbrodnię komunistyczną”.


    Tak, kapitan Rajs nie tylko został zamordowany przez komunistów, co uznano za zbrodnię, ale został też, o czym autor nie wspomina zrehabilitowany, a rodzina „Burego” otrzymała pieniężną rekompensatę. „Bury” oczywiście pacyfikował miejscowości, w których mieszkali prawosławni, ale nie dla zabawy, czy rabunku, ale za wspieranie komunistycznego reżymu. Podkomendnymi kapitana Rajsa byli między innymi prawosławni Białorusini. Kpt. Romuald Rajs zasłużył sobie m. in. na „Krzyż Walecznych”, „Srebrny Krzyż Zasługi z Mieczami”, „Krzyż Srebrny Orderu Virtuti Militari”, „Krzyż Złoty Orderu Virtuti Militari”. Dlatego warto wiedzieć, że tych „kilkudziesięciu cywilów”, którzy zginęli, to byli konfidenci, albo przypadkowe ofiary wojny. Bywały też wydarzenia hańbiące mundur żołnierski, ale „Bury” z całą bezwzględnością tępił przejawy bandytyzmu wśród swoich podkomendnych (łącznie z karą śmierci). Nie każdy Żołnierz Wyklęty to bandyta i nawet jeśli „marsze w Hajnówce z okazji Dnia Żołnierzy Wyklętych” są dla miejscowych „niczym splunięcie w twarz”, to kim są ci miejscowi? Czy dla wszystkich te marsze są splunięciem w twarz? O „Burym” pisałem tutaj (polecam się zapoznać):


    Aby mieć pełniejszy obraz o podejściu wielu Białorusinów do Polaków, warto wiedzieć, że planowali dla Polaków… obozy koncentracyjne. Link dotyczący Kołdyczewa:


    Pozostając przy tematyce podziemia niepodległościowego, zwróćmy uwagę na jeszcze jeden szczegół. Cytat traktujący o żołnierzach Narodowych Sił Zbrojnych:


    Siedemdziesiąt siedem lat wcześniej, w 1945 roku, wiosna w powiecie wysokomazowieckim była niespokojna. W ciągu dnia we wsiach panoszyli się stacjonujący w Wysokiem Mazowieckiem Sowieci z batalionu strzeleckiego z Pułku Pogranicznego NKWD. Jednak to nie oni, ani w bólach rodzące się nowe polskie władze, byli gospodarzami tutejszego terenu, ale AK-owska, przede wszystkim NSZ-owska partyzantka, która trzymała się tutaj wyjątkowo mocno. Wówczas wciąż jeszcze silnie wspierana przez miejscowych, w biały dzień organizowała rajdy po okolicznych wsiach i miasteczkach, mordując konfidentów i rozbrajając lokalne posterunki Milicji Obywatelskiej.


    To prawda, czerwoni nie mieli wiele do powiedzenia na terenie opanowanym przez narodowe podziemie zbrojne. Czy wtedy w tych „bólach” rodziły się „polskie władze”? Nie sądzę, aby były polskie... Nie na to jednak chciałem zwrócić uwagę. Chodzi o „mordowanie konfidentów”. W ogólnospołecznych normach „morderstwo” jest czymś kojarzonym z wyrachowaniem i tzw. zimna krwią, dla osiągnięcia jakiejś korzyści. Jest odbierane zdecydowanie negatywnie i kojarzone z okrucieństwem. Polski kodeks prawny rozróżnia np. morderstwo od zabójstwa. Inna jest tutaj klasyfikacja prawna, pomimo, że słowa te mogą być tożsame. Nie zagłębiając się w meandry terminologii prawnej uważam, że nie, jednak konfidentów nie mordowano, a wykonywano na nich karę najwyższą – śmierci. Zabijano ich, albo, jak się przyjęło w tego typu przypadkach – likwidowano, usuwano ze społeczeństwa.



    Maciej Falkowski rozumie jednak, że nie wolno wszystkich wrzucać „do jednego worka”. Pisze tak:


    Z jednoznacznie chwalebną historią żołnierzy wyklętych walczą już chyba tylko prawosławni mieszkańcy Podlasia, którzy wcale nierzadko upraszczają sprawę, wrzucając wszystkich wyklętych do jednego worka z krwiożerczymi nacjonalistami i pospolitymi bandytami. Dziś, żeby usłyszeć o ciemnej stronie działalności części antykomunistycznej partyzantki, trzeba pojechać do Zaleszan między Bielskiem Podlaskim a Kleszczelami albo do wymierających wsi Zanie i Szpaki pod Brańskiem, spacyfikowanych przez oddział Romualda Rajsa „Burego” zimą 1946 roku.


    Tak, autor ma rację pisząc, że ludzie często upraszczają sprawę i łączą pospolitych bandytów z żołnierzami, wśród których, co trzeba przyznać, także byli bandyci. Takie są po prostu fakty.


    Z „Burym” współpracowali także żołnierze partyzantki antykomunistycznej z Andrzejewa i okolic. Warto więc wyjaśnić, że kapitan Rajs nie został zrehabilitowany sądownie bez powodu. Otóż wiele historii z nim związanych jest zwyczajnie nieprawdziwych. Nawet udając się do wyżej wymienionych wsi niekoniecznie dowiemy się prawdy. Chyba, że założymy, iż „Bury” miał dar bilokacji. Poza tym, należy pamiętać, że pacyfikacji wsi dokonywano na rozkaz przełożonych. Jeśli ktoś dopuścił się samowolki, był karany.


   Zaleszany, Wólka Wygonowska, Zanie, Szpaki – to tylko niektóre wsie spacyfikowane przez Pogotowie Akcji Specjalnej za działalność antypolską. Białorusini zamieszkujący je aktywnie działali na szkodę Polski i Polaków. Bardziej utożsamiali się z Rosją niż z Polską. To musiało zrodzić konflikt. I zrodziło. Białoruscy partyzanci napadali na ludność polską, a w szczególności na polskich policjantów, którzy posiadali broń i stali im na drodze do objęcia władzy w terenie. Ginęli także ziemianie i handlarze.


   Z drugiej strony były też wsie zamieszkałe przez Białorusinów, które wspierały Polaków i sympatyzowały z polską racją stanu. Tych było zapewne więcej niż tych „czerwonych”, dlatego należy unikać uogólnień i zrzucania winy na ogół. Nie powinno to negatywnie rzutować na nasze relacje z Białorusinami. Typowo białoruskie wsie: Zajęczniki, Kobyle Górki, czy kolonia Rogawki wspierały polskich żołnierzy. Ich zaufaniem cieszył się m.in. kpt. W. Łukasiewicz „Młot”, który wielokrotnie stacjonował w okolicy. W szeregach NZW i innych organizacji podziemnych znajdowali się Białorusini, Litwini, Żydzi, Tatarzy… co jest dość wymownym faktem, wobec zarzucania NZW zbrodni na tle narodowościowym. Dowódcą 1. Plutonu 3. Brygady NZW „Bury” powierzył prawosławnemu Białorusinowi. Był nim podporucznik o pseudonimie „Wiarus”. Po bitwie w Mikuliszkach Romuald Rajs kazał rozstrzelać katolików – Litwinów, którzy brali udział w mordowaniu polskich cywilów w Święcianach. Prawosławnych policjantów białoruskich, uznając za niewinnych, polecił puścić wolno.

    Zaleszany to wioska, która znana był z sympatii prokomunistycznych i antypolskich. „Bury” ze swoimi podkomendnymi pod koniec stycznia 1946 roku weszli do wsi, pozorując oddział z 9. Pułku Korpusu Bezpieczeństwa Narodowego (KBW). Tamtejsi działacze komunistyczni (KPZB) są znani z nazwiska. Pod wpływem komunizmu, jak wynika ze wspomnień ówcześnie żyjących, byli wszyscy przedstawiciele młodzieży białoruskiej. Podobnie rzecz się miała w odniesieniu do innych mniejszości narodowych. Jan Radkiewicz przed prokuratorem IPN zeznawał:


    Jan Sakowski opowiadał mi, że w 1939 r. w Zaleszanach działała silna grupa komunistyczna. Jej członkowie należeli do Komunistycznej Partii Zachodniej Białorusi. Przywódcami tej grupy byli niejaki Sacharczuk, imienia nie pamiętam, i Jakub Bazyluk.


    Paweł Sacharczuk i Jakub Bazyluk odpowiedzialni byli m. in. za zamordowanie w Zaleszanach polskich żołnierzy w roku 1939. Piotr Tatarczuk wspominał po latach, że ogół białoruski zbrojnie wystąpił przeciwko WP w czasie wojny ’39 r.:


    Potem miejscowy – Aleksander Prochowicz […] wrócił z wojny, na która był zabrany do polskiej armii. On opowiadał, że cywile Białorusini zatrzymywali polskich żołnierzy i kazali żegnać się po rusku – tych, którzy potrafili się tak przeżegnać puszczali, innych zatrzymywali. (…)


    U nas ludzie mówili, że Zaleszany spalono za 1939 rok, że ludzie z Zaleszan wtedy wystąpili przeciwko polskiemu wojsku i za to wieś po wojnie spalono.


    Michał Ostapiuk, którego książkę polecam zainteresowanym tematem pisał:


    29 stycznia 1946 r. o godz. 5.00 do Zaleszan wkroczyła 3. Brygada jako pozorowany pododdział KBW. Żołnierze nie używali pseudonimów, lecz nazwiska, które tworzyli od swoich pseudonimów (np. „Osa” występował jako Osiński). Oficerowie „Bury”, „Rekin”, „Wiarus” i „Bitny” założyli zdobyte w Hajnówce sowieckie epolety, wydawali komendy po rosyjsku. Mieszkańcy więc nie wiedzieli, kim naprawdę są żołnierze. Można ocenić, że początkowo „Bury” nie miał wrogich zamiarów wobec Zaleszan. Jak słusznie zauważył Jerzy Kułak, dopiero rozwój wypadków podczas „dniówki” oddziału doprowadził do podjęcia decyzji o pacyfikacji wsi. Jest to bardzo ważne, ponieważ podważa częste twierdzenia, że motywem przewodnim działań pacyfikacyjnych przeprowadzonych przez kpt. Rajsa były uprzedzenia narodowościowo-religijne. O losie wsi zadecydował negatywny stosunek części jej mieszkańców do żołnierzy noszących polskie mundury. Mieszkańcy, sądząc, że kwaterujący we wsi żołnierze należą do wojsk „reżimowych”, pozwolili sobie na okazanie im lekceważenia i odmowę spełnienia części świadczeń rzeczowych na rzecz oddziału. Byli bowiem przekonani, że KBW nie odważy się podjąć akcji represyjnej przeciw wsi tak mocno powiązanej z Sowietami i zasłużonej dla systemu komunistycznego. Należy założyć, że gdyby mieszkańcy Zaleszan od razu zorientowali się, że we wsi kwateruje oddział partyzancki, wówczas wykazaliby o wiele mniejszą hardość, obawiając się ukarania wsi.



    Inna sprawa: Jedwabne:


Odwiedziłem je wiosną 2001 roku. Było to po publikacji książki Jana Tomasza Grossa i przed obchodami sześćdziesiątej rocznicy mordu. Do sennego miasteczka zjechali wtedy dziennikarze z całej Polski. W jedną z niedziel Wielkiego Postu mszę w miejscowym kościele odprawiał ówczesny biskup łomżyński Stanisław Stefanek. (…)


    Może słuchając biskupiego kazania, któryś z miejscowych łudził się, że wszystko powróci na stare tory? Że znów zapanuje amnezja? Że Jedwabne, tak jak przez sześćdziesiąt poprzednich lat, będzie tylko przyjemnie kojarzącą się nazwą na mapie, a nie wstydliwym piętnem? Może zazdrościł sąsiadom z pobliskich Radziłowa czy Wąsosza, gdzie po wypędzeniu Sowietów doszło do podobnych mordów? Tyle że to nie one, ale właśnie Jedwabne stało się ikoną tamtych straszliwych wydarzeń.


    Ponownie pojechałem do Jedwabnego dwadzieścia lat później, dwa miesiące przed osiemdziesiątą rocznicą pogromu i dwudziestą przeprosin wygłoszonych przez prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego 10 lipca 2001 roku. Dziennikarzy nie było. (…)


    Miejscowi nawet nie zadają sobie trudu, żeby w jakikolwiek sposób odmienić jego wizerunek. Bo i po co? I tak się nie uda. Wolą udawać, że nic się nie stało, i żyć swoim życiem. Zapadli się w sobie. Tak jakby wydarzenia sprzed osiemdziesięciu i dwudziestu lat nie zaistniały.


    Dalej autor „Ślachty” pisze o internetowej stronie „Urzędu Miasta Jedwabne”, na której „próżno szukać” o spalonych Żydach „jakiejkolwiek informacji, a o „płonącej stodole ani słowa. Bierny opór”. Zaglądam więc na oficjalną stronę Gminy Jedwabne. W podstronie „Historia” z łatwością wyszukuję temat spalonych Żydów. Wzmianka, jak zauważa autor lakoniczna. Tak, jak i inne wzmianki historyczne na tej stronie. Szkoda.


    Wracając do cytatu z książki, zadaję pytania; dlaczego mieszkańcy Jedwabnego mieliby się łudzić, że „znów zapanuje amnezja”? Dlaczego Jedwabne ma być „wstydliwym piętnem”? O jakim pogromie mowa? Którzy miejscowi nie zadają sobie trudu?


    Po pierwsze, w Jedwabnem Niemcy zamordowali żydowskich mieszkańców Jedwabnego, a być może też Polaków, katolików. Po wtóre, kiedyś na mogile była umieszczona stosowna informacja o niemieckim mordzie i nikt w to za bardzo nie wnikał, gdyż takich miejsc w okolicy jest setki. Żadnego pogromu nie było, a miejscowi na przeprosiny Kwaśniewskiego nie zareagowali przychylnie. Wręcz przeciwnie, niektórzy wyrazili swoje oburzenie przed kamerami.. Oczywiście, Jedwabne to niewielka miejscowość, w której życie toczy się swoim monotonnym torem, jednak są i tam ludzie, którzy o prawdę się upominają na kartach książek, w filmach, na stronach internetowych… Zadają sobie trud i próbują przebić głową mur.


    Całkowitej prawdy na temat mordu w Jedwabnem nie poznamy bez ekshumacji. Ta została wstrzymana, kiedy na światło dzienne zaczęły wychodzić fakty, że w tym miejscu strzelano z niemieckiej amunicji, a ofiary nie były obrabowane. Rozpoczęty proces zablokowała decyzja Lecha Kaczyńskiego, który wstrzymał ekshumację w miejscu zbrodni. Jakim prawem?!



    Małgorzata Grupa, uczestniczka badań:


    To było niepojęte, że osoba, która prowadzi badania, nie może decydować, w jaki sposób ma je prowadzić. Sytuacja w Jedwabnem rozwinęła się w przedziwny sposób w związku z tym, że ciągle nam przeszkadzano w pracy i ciągle tę pracę wstrzymywano. A to telefon z Tel Awiwu, a to z Waszyngtonu, w każdym razie dyrygował tym rabin Schudrich, mój ulubieniec, który przez cały czas jakieś zewnętrzne „głosy” nam wprowadzał. I to one decydowały o tym, czy mamy kontynuować, czy nie. Psychicznie chyba dla każdego z naszej ekipy, i dla profesora też, było to strasznie trudne i szczerze mówiąc nie chciałabym już nigdy uczestniczyć w czymś takim.


    Z raportu prof. dr hab. Andrzeja Koli:


    Analiza archeologiczna badanych struktur w Jedwabnem pozwala na postawienie hipotezy co do kolejności chronologicznej zdarzeń w tym miejscu. W stratygrafii struktur najwcześniejszym było wykopanie mogiły 2 wewnątrz stodoły i umieszczenie w nich ofiar. Ze względu na brak ekshumacji nie można wnioskować o sposobie uśmiercenia ofiar. Po niezbyt dokładnym przysypaniu mogiły ziemią wprowadzono do wnętrza stodoły kolejną grupę ofiar, których ciała (spalone szczątki) ostatecznie znalazły się w mogile 1 przy stodole. Również i tu brak ekshumacji nie pozwala wnioskować o sposobie uśmiercania ofiar. Znalezione w obrębie reliktów stodoły łuski i łódki niemieckiego karabinu typu mauser przemawiają za tym, iż przed spaleniem stodoły w jej wnętrzu strzelano. Część jednak takich łusek (ponad dwadzieścia) znaleziono także przy stodole, od strony byłego ogrodzenia cmentarza żydowskiego. Odosobnionymi przesłankami o strzelaniu do ofiar znajdujących się w stodole może być znalezienie łuski od mausera bezpośrednio pod fragmentem popiersi Lenina w mogile 2 oraz znalezienie w obrębie wypreparowanych szczątków kostnych w układzie anatomicznym w mogile 1 łuski pistoletowej z wytopionym w ogniu ołowianym rdzeniem.


    Żydowski kłamca, Jan Tomasz Gross twierdził, że w stodole spalono 1600 Żydów. Wstępne ustalenia zespołu profesora Koli obaliły te kłamliwe wywody. Na polecenie Lecha Kaczyńskiego, późniejszego prezydenta RP ekshumacja została wstrzymana. Od tej chwili można było śmiało manipulować danymi, a do szczegółowych protokołów i innych dokumentów nie dopuszczano zwykłych śmiertelników. Dopuszczono za to pseudohistoryka i wybitnego manipulatora Jana T. Grossa. Ten odwdzięczył się Polakom, którzy go ukrywali w czasie wojny pisząc zakłamaną wersję mordu w Jedwabnem, według której to Polacy zamordowali swoich żydowskich sąsiadów. Później już tryby maszyny ruszyły pełną parą.


    Jedwabne – to słowo budzi lęk i grozę, natomiast w miasteczku życie toczy się powoli, podobnie jak przed wojną. Większość świadków tamtych wydarzeń już oczywiście nie żyje, ale pozostały ich dzieci i wnuki, do których należy przekazywanie tej historii kolejnym pokoleniom. Do wszystkich nas należy przekazywanie prawdy o tej historii - jaka by ona nie była. Dlatego musimy doprowadzić do rzetelnego przeprowadzenia ekshumacji. Nawet ta „farsa”, która miała miejsce przed laty pozwoliła zadać kłam niektórym tezom i ludziom złej woli. W opinii światowej winnymi tej zbrodni są Polacy – „sąsiedzi”, których rozsławił, a raczej zniesławił Gross na całym świecie. Propaganda nie uznaje, że świadkowie w tej sprawie byli zmuszani do zeznań biciem w katowni Urzędu Bezpieczeństwa. Nie istotne też jest, że ofiar nie okradziono. Narracja lansowana na świecie jest jedna: Polacy zabili swoich żydowskich sąsiadów, wcześniej ich torturując i rabując ich kosztowności. Prawda z pewnością sama się obroni, ale to będzie trwało bardzo długo, a czasu akurat nie mamy. Podczas gdy w ziemi niszczeją dowody zbrodni, Polska ma opinię kraju antysemitów i morderców Żydów. Taki wizerunek sprzyja międzynarodowym naciskom w sprawie chociażby uroszczeń majątkowych za pozostałe po społeczności żydowskiej mienie bezdziedziczne. Prawo jest po stronie Polski, ale czy to wystarczy? Raczej nie. Zwłaszcza teraz, gdy wiele państw zostało już zmuszonych do wypłaty rekompensat, naciski na Polskę się wzmogą. Nie ma co do tego wątpliwości.


Nie ma wątpliwości, że potrzebujemy rządu, który powie jasne i stanowcze „NIE!”, zamiast polityki ciągłych ustępstw w blasku palonych w parlamencie świec chanukowych. Nie ma wątpliwości, że potrzebujemy ekshumacji ofiar zbrodni w Jedwabnem.


    Odsyłam w tym miejscu do publikacji „Jedwabne. Historia prawdziwa” (T. Sommer, M. J. Chodakiewicz, E. Stankiewicz). To nie są konfabulacje, ale oryginalne dokumenty, zeznania świadków… Warto sięgać do źródeł. (Link: https://www.portalwrona.com/single-post/jedwabne-historia-prawdziwa).


    Pozostając przy tematyce żydowskiej, warto też zajrzeć na stronę 223. książki Falkowskiego. Oto, co możemy tam przeczytać o papieżu Piusie XII:


    Jako pierwszy papież uznał także znaczenie objawień fatimskich. W pierwszej fazie wojny starał się zachować neutralność. Wzywał do pokoju, potępił agresję niemiecką na ZSRR i pomógł w uratowaniu tysięcy Żydów. Nie chcąc jednak pogarszać sytuacji Kościoła w krajach okupowanych przez Niemcy, nigdy nie potępił Holokaustu ani nazizmu, za co jest zażarcie krytykowany do dziś.


    Tak, Pius XII jest „zażarcie krytykowany” i przypięto Mu  łatkę „papieża Hitlera”. Tymczasem, jak wynika z dokumentów, już w roku 1939 papież starał się o wizy dla 200. tysięcy niemieckich Żydów. Jak napisał Maciej Falkowski,  „pomógł w uratowaniu tysięcy Żydów”. Właściwie to, setek tysięcy, gdyż liczbę ocalonych przez Piusa XII szacuje się w granicach przekraczających 900 tysięcy osób. Czy papież faktycznie „nigdy nie potępił Holokaustu ani nazizmu”, jak pisze Falkowski? Czy to prawda, co twierdzi żydowski instytut Yad Vashem, że Watykan podpisując z III Rzeszą Niemiecką konkordat uznawał „reżym rasistowski”? Yad Vashem stwierdził, że „nawet po tym, jak do Watykanu dotarły doniesienia o mordowaniu Żydów, papież nie zaprotestował – ani ustnie, ani na piśmie”. Czyżby?


    Papież wystąpił w obronie Żydów zarówno w orędziu bożonarodzeniowym w roku 1941, kiedy było już wiadomo, że Niemcy dopuszczają się zbrodni na wysoką skalę, jak i później (wcześniej także). Wspominał o „setkach tysięcy osób, które bez jakiejkolwiek winy, a niekiedy wyłącznie z powodu ich przynależności narodowej bądź pochodzenia, zostali skazani na śmierć, czy powolne wyniszczenia”.


    Bardzo ładne świadectwo dał rabin David Dalin, który wystąpił w obronie papieża. W książce pt. „Mit papieża Hitlera” napisał tak:


    „The London Times” z 1 października 1942 roku wyraźnie dziękuje Piusowi XII za potępienie nazizmu i za publiczne wsparcie udzielone Żydom, którzy padli ofiarą nazistowskiego terroru. „Słowa wypowiadane przez papieża Piusa XII od początku jego pontyfikatu:, zauważa „Times”, „nie pozostawiają najmniejszych wątpliwości. Potępia on kult siły i jego konkretne przejawy, jakimi są pogwałcenie wolności narodów i prześladowanie rasy żydowskiej.


    Te same kwestie poruszały orędzia Piusa XII na Boże Narodzenie 1941 i 1942 roku, których dzięki radiu watykańskiemu wysłuchały miliony ludzi na całym świecie. Krytycy Piusa XII twierdzą, że orędzie bożonarodzeniowe papieża z 1941 roku było za słabe. Wówczas jednak uznano je za dość jednoznaczne.


    „The New York Times” pisał w tamtym czasie, iż „głos Piusa XII rozbrzmiewa samotnie w ciszy i w ciemnościach”, i że „papież zdecydowanie opowiedział się przeciw hitleryzmowi”.


    Papież wielokrotnie potępiał Holokaust i współcześni mu nie mieli co do tego wątpliwości. Nawet Niemcy doskonale zdawali sobie sprawę z tego, co mówi głowa Kościoła katolickiego. Był dla nich na tyle groźny, że planowali porwanie Piusa XII i zajęcie Watykanu. Po orędziu bożonarodzeniowym z roku 1942 Niemcy stwierdzili: „jego mowa to jeden wielki atak na wszystko, o co walczymy”. Ministerstwo Spraw Zagranicznych III Rzeszy stwierdziło:


    Wyraźnie ujmuje się za Żydami (…); wręcz oskarża naród niemiecki o niesprawiedliwość wobec Żydów i czyni siebie rzecznikiem żydowskich zbrodniarzy wojennych.


    Albert Einstein:


    Miłując wolność, gdy nadeszła w Niemczech rewolucja nazistowska, spoglądałem z nadzieją na uniwersytety, spodziewając się, że będą jej bronić, skoro zawsze były tak dumne ze swego kultu wartości prawdy; ale nie, uniwersytety natychmiast uciszono. Potem spoglądałem z nadzieją na wydawców wielkich dzienników, których płomienne artykuły wstępne w minionej epoce głosiły umiłowanie wolności; ale i je, podobnoe jak uniwersytety, uciszono w przeciągu zaledwie kilku tygodni. Tylko Kościół katolicki stał z uporem na drodze Hitlerowi i jego kompanii tłumienia prawdy. Wcześniej nigdy specjalnie nie interesowałem się Kościołem, teraz jednak czuję do niego wielką sympatię i podziw, ponieważ tylko Kościół miał odwagę i wytrwałość, by opowiadać się po stronie prawdy intelektualnej i moralnej wolności. Dlatego muszę wyznać, że teraz bez zastrzeżeń chwalę to, co kiedyś lekceważyłem.


Michael Tagliacozzo:


    Papież Pacelli był jedyną osobą, która 16 października 1943 r. interweniowała, aby powstrzymać deportację Żydów, a ponadto uczynił bardzo wiele, aby ukryć i ocalić tysiące z nas.


    Golda Meir (premier Izraela) po śmierci Piusa XII:


    Gdy w dekadzie terroru nazistowskiego na nasz naród spadły straszliwe udręki, głos papieża podniósł się w obronie ofiar.


    Vincent A. Lapomarda SJ:


    Jedenaście tomów dwunastoczęściowych Actes et Documents du Saint Si`ege Relatifs `a la Seconde Guerre Mondiale (Libreria Editrice Vaticana, 1965–1981) pod redakcją Pierre’a Bleta i trzech innych jezuitów, zajmuje się ofiarami wojny (szczególnie tomy 6, 8, 9 i 10) i dowodzi, że Pius XII i Kościół rzymskokatolicki, w znacznie większym stopniu niż jakakolwiek osoba czy instytucja międzynarodowa, stawił czoła wyzwaniu, jakim był Holokaust, i korzystając z własnych zasobów, udzielał pomocy Żydom. W owym czasie zarówno papież, jak i cały Kościół był zaangażowany w walkę przeciwko nazistom, którzy więzili, torturowali i zabijali tysiące duchownych i wyznawców, nie mówiąc o znacznie większej liczbie zwykłych katolików. Niestety, choć część badaczy potwierdza to w swych pracach, inni – jak się wydaje – nie rozumieją tak kluczowego aspektu tej problematyki. Mimo wątpliwości, które w ostatnich latach pojawiły się wobec wiarygodności tych dokumentów watykańskich, Pierre Blet, jedyny żyjący redaktor tych tomów, stwierdził: „Gdy za pomocą wyobraźni tworzy się legendę z niepowiązanych ze sobą elementów, dyskusja jest bezprzedmiotowa. Pozostaje jedynie przeciwstawić się mitowi, odwołując się do rzeczywistości historycznej, opartej na niepodważalnych dokumentach.

    Na koniec fragment książki Macieja Falkowskiego, który nie spodobał się niektórym mieszkańcom Andrzejewa:


    Centrum świata Godlewskich  było Andrzejewo, z ozdobionym pięknymi malowidłami szesnastowiecznym ceglanym kościołem, noszące dzisiejszą nazwę na cześć biskupa płockiego Andrzeja Krzyckiego, który uzyskał dla miejscowości prawa miejskie. Gdy pewnego sierpniowego dnia umówiłem się z Damianem Jaską, miejscowym nauczycielem, pasjonatem lokalnej historii i prezesem Towarzystwa Rozwoju Ziemi Andrzejewskiej, odbywały się XXI Dni Kukurydzy. Na lokalnym boisku, tuż przy kościele, trwał właśnie koncert, któremu ze swojego odsłoniętego dopiero co pomnika przysłuchiwał się kardynał Stefan Wyszyński, wznosząc rękę w geście błogosławieństwa. Pachniała grillowana kiełbasa, dzieci mierzyły do pluszaków na strzelnicy, a kołowate już z lekka miejscowe chłopaki wodziły wzrokiem za miejscowymi dziewuchami, zerkając niecierpliwie na krzaki wokół cmentarza, dzielnie zabezpieczane przez strażaków.


    Co na to „miejscowe chłopaki”? Tak było? Zakładam, że autor zna miejscowych, a także  „miejscowe dziewuchy” i nie pomyliły mu się miejscowości…


 

    Źródła:

- „Ślachta. Historie z podlasko-mazowieckiego pogranicza”, Maciej Falkowski.

- „Komendant „Bury”. Biografia kpt. Romualda Adama Rajsa „Burego” 1913-1949”, Michał Ostapiuk.

- „Jedwabne. Historia prawdziwa”, T. Sommer, M. J. Chodakiewicz, E. Stankiewicz.

- „Badania archeologiczne i prace ekshumacyjne w miejscu zagłady Żydów w Jedwabnem, k/Łomży”, sprawozdanie prof. dr hab. Andrzeja Koli.

- „Papież Pius XII i Żydzi. Dlaczego powinien zostać

beatyfikowany?”, Vincent A. Lapomarda SJ.

- „Sąsiedzi”, Jan T. Gross.

- „ Żydzi papieża”, Gordon Thomas

- „Mit papieża Hitlera”, David G. Dalin

- „Papież Hitlera”, John Cornwell

Comments


bottom of page