Baron Roman M. Max von Ungern – Sternberg - "Bóg Wojny"

December 2, 2016

Do czasu pokojowego w żadnym wypadku nie pasował. Jego istota tkwiła równocześnie w pustej przestrzeni między niebem i piekłem. Zdolny do czynów najwyższej szlachetności i dobroci, jak i do najbardziej ponurych. Nie miał żadnego stosunku do norm tej zmieszczeniałej planety. Ale jako syberyjski kondotier czynił cuda i będzie tam chyba przez stulecia żył w pieśniach nomadów, którymi dowodził.” – Herman Keyserling

 

           Baron Roman Mikołaj Maksymilian von Ungern – Sternberg urodził się 29 XII

1885r. w Austrii, w rodzinie niemieckich rycerzy. Sam twierdził, że jest potomkiem „krzyżowców i piratów”. Faktycznie, co najmniej dwóch jego przodków było rycerzami Zakonu Szpitala Najświętszej Maryi Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie (Zakonu Krzyżackiego) i polegli pod Grunwaldem w 1410r. Z czasem możni tego rodu, stali się podwładnymi Imperium Rosyjskiego. W służbie carskiej zginęło wielu członków rodziny barona Ungerna.

Koligacje rodzinne połączyły kilka możnych rodów, m. in. Habsburgów i Romanowów. Ponoć jego dziadek został buddystą, a później i on sam był zwolennikiem tegoż systemu filozoficznego. Major Antoni Aleksandrowicz, oficer polskiego pochodzenia z mongolskiej artylerii pisał, że „był buddystą i był owładnięty myślą utworzenia zakonu rycerskiego podobnego Zakonowi Krzyżackiemu i japońskiemu buszido.

 

W rozmowie z Antonim F. Ossendowskim, baron Ungern mówił:

 

„– Imię moje jest otoczone taką nienawiścią i strachem, że nikt nie wie naprawdę, kim jestem, gdyż historię splątano z mitem, rzeczywistość z fantazją, prawdę z oszczerstwem. Kiedyś w swoich pamiętnikach opisze pan może tę podróż przez Mongolję i pobyt u „szalonego Ungerna”...

 

Spuścił powieki i, paląc papierosa, zaczął rzucać urywane zdania, śpiesząc się, nie kończąc słów, jak gdyby w obawie, że ktoś mu może przeszkodzić.

– Ród Ungern von Sternbergów jest bardzo stary.  Mieszanina Niemców  z  Węgrami, Hannami  z  czasów  Attyli.  Moi wojowniczy przodkowie  uczestniczyli we  wszystkich wyprawach krzyżowych. Jeden z Ungernów zginął w Jeruzalem, walcząc pod sztandarami Ryszarda „Lwie Serce”, a nawet tragiczna wyprawa krzyżowa dziec i miała w liczbie swych ofiar  Ralfa  Ungerna,  jedenastoletniego  krzyżaka.  Gdy  na  kresy  wschodnie  imperium niemieckiego  posyłano  najśmielszych  i  najokrutniej  szych  rycerzy,  wśród  nich  był  mój przodek, Artur baron Halsa-Ungern-Sternberg. Na wschodzie obszarów niemieckich rycerze ci  założyli  zakon  Teutonów,  ogniem  i  mieczem  szerząc  chrześcijańską  naukę  o  miłości bliźniego wśród dzikich pogan: Litwinów, Estów i Słowian. Teutoński zakon rycerski zawszemiał  pośród  swoich  „braci”  przedstawicieli  mego  rodu.  Pod  Grunwaldem  zginęło  dwóch Ungern von Sternbergów. Ród mój, jak już wspomniałem, był wojowniczy i religijny, więc skłonny do mistycyzmu i ascetyzmu. W XVI i XVII wieku na ziemiach Estów i Łotyszów było kilku baronów Ungernów, po których pozostały stosy kronik z legendami i powieściami o ich życiu i czynach. Henryk Ungern, przezwany  „Toporem”,  był „błędnym  rycerzem”. Turnieje 

 

Francji,  Włoch,  Hiszpanji  i  Brytanji  znały  to  imię,  strachem  przejmujące  serca zapaśników.  Henryk  odznaczał  się  niezwykłą  sztuką  władania  toporem  bojowym.  Został zabity w Kadyksie przez rycerza maurytańskiego, który rozwalił mu czaszkę wraz z hełmem uderzeniem topora. Ralf Ungern, baron na Sternbergu, miał swoją siedzibę około gościńca pomiędzy Rewlem a Bygą i pod groźbą śmierci zmuszał wszystkich podróżników do płacenia mu daniny. Baron Piotr Ungern był właścicielem zamku na wyspie Dagö na Bałtyku, gdzie wybudował sobie całą flotylę okrętów żaglowych, które stały się postrachem i klęską dla kupców. Od tego przodka, rozbójnika morskiego, rozpoczęła się cała dynastja Ungernów, piratów i marynarzy, do których należę i ja. Wreszcie legendy znają jeszcze jednego barona mego nazwiska,  który  żył  na  schyłku  XVII  wieku.  Miał  na  imię  Wilhelm,  a  przydomek  „Brat Szatana”. Przydomek ten przysługiwał mu z tego powodu, iż baron byt alchemikiem i dawał w swoim domu przytułek wszystkim magom i czarownikom, prześladowanym w Europie za tajemne praktyki.

Wspomniałem już, że Piotr Ungern dał początek morskiej dynastji Ungernów. Potomkiem Piotra – pirata w prostej linji był mój dziad, który dopłynął na własnym żaglowcu aż do Oceanu Indyjskiego, gdzie zajmował się rabunkiem i rozbijaniem angielskich okrętów handlowych.  Do czasów bolszewickich w naszym pałacu przechowywały się wspaniałe, starożytne meble mahoniowe, zdobyte przez dziada na jednym z zatopionych przez niego okrętów. W ciągu kilku lat dziad mój operował bezkarnie na oceanie, lecz nareszcie Anglicy wzięli go do niewoli i oddali w ręce konsula rosyjskiego, który odesłał go do Petersburga. Tam go sądzono i zesłano na całe życie do Zabajkala. Taka jest moja łączność z Syberją Wschodnią. Z wykształcenia jestem marynarzem, gdyż ukończyłem szkołę kadetów morskich w Petersburgu, później zaś wstąpiłem do pułku kozaków zabajkalskich, w którym walczyłem najpierw z Japończykami, a później z Niemcami. W tej ostatniej wojnie zostałem odznaczony za waleczność oficerskim krzyżem ów. Jerzego. W czasie pokoju życie moje upływało na studjowaniu filozofji i buddyzmu. Dziad mój przywiózł z sobą z Indyj kajdany rosyjskie i indyjski buddyzm.  Ojciec mój również był wyznawcą buddyzmu i mnie go przekazał. Posiadam pismo, ofiarowane memu dziadowi przez jednego świętobliwego indyjskiego mahatmę – yoga; dzięki temu pismu miałem wstęp tam, dokąd chyba tylko Dalaj-Lama lub Taszy-Lama bywają dopuszczani przez kapłanów pierwotnego kultu Sakkya-Muni. W swoim czasie chciałem założyć zakon wojskowych buddystów do walki z rozpustą rewolucji...”

 

     Po ukończeniu szkoły gimnazjalnej w Rewlu, wstąpił do szkoły oficerskiej w Sankt – Petersburgu. W wyniku pojedynku, został ciężko ranny i w konsekwencji wydalony ze szkoły. Wyruszył w wędrówkę po Syberii i dotarł do Mongolii, która podejmowała próbę wybicia się na niepodległość i wyrwania spod panowania Chińczyków. Został dostrzeżony i doceniony, bo objął dowództwo nad kawalerią mongolską. Sława Ungerna rozeszła się po kraju, kiedy przepędzono Chińczyków. Stał się znany i szanowany.

Przed wybuchem Wielkiej Wojny wyruszył do Europy. W Paryżu spotkał miłość swojego życia. Niestety historia miłosna nie miała szczęśliwego zakończenia. Ukochana barona zginęła podczas podróży statkiem, a sam Ungern ledwie uszedł z życiem. Od tego, traumatycznego momentu, coś w nim umarło. Szukał śmierci, ale ta go omijała. Wielokrotnie ranny, ale nigdy śmiertelnie. Odznaczano go Krzyżem Świętego Jerzego i Szpadą Honoru.

 

Był tak bezwzględny, jak może być tylko asceta. Całkowite odrzucenie emocji, które było dla niego charakterystyczne, można spotkać jedynie u istoty nieznającej ani bólu, ani radości, ani litości, ani smutku.” – wspominał mjr Antoni Aleksandrowicz.

 

Po wybuchu rewolucji bolszewickiej, jako wierny poddany cara, podjął zdecydowaną walkę z bolszewikami. Sława barona Ungerna rosła wraz z biegiem czasu. Był dobrym taktykiem, a jego motorem napędowym była gorąca nienawiść do "czerwonych". Stał się słynącym z brawury i odwagi dowódcą, którego autentycznie się bano. Dowodził Azjatycką Dywizją Konną, w której najmniejsze odstępstwo od regulaminu, karano śmiercią.  

 

Gardził Rosjanami za to, że zdradzili swojego prawowitego władcę i nie zdołali zrzucić komunistycznego jarzma.” – stwierdził mjr A. Aleksandrowicz.

W rewolucji wywołanej przez bolszewików i żydów, widział zagrożenie dla całego świata kultury i ładu społecznego. Niestety „czerwoni” zwyciężyli i „biali” musieli się wycofywać do Mongolii, którą ponownie zajęli Chińczycy.

Zdziesiątkowani i pobici „biali” Ungerna skurczyli się do kilku osób, ale brawura i odwaga była ich atutem. Postanowili rozbroić pułk w Manczuli, który przeszedł na stronę bolszewików. Baron Ungern zajechał więc na stację kolejową pociągiem „wyładowanym wojskiem” (a właściwie to kilku żołnierzy sprawiało wrażenie, jakby pociąg był wypełniony wojskiem) i uderzywszy w brzuch pochwą szabli dowódcę milicji, zastraszył go tak, że 1,5 tysiąca żołnierzy złożyło broń. Z nich, zwerbowano kilkuset, chętnych do dalszej walki po stronie „białych”.

 

W roku 1918, baron Ungern mianowany został komendantem Daurii, która pod jego rządami doczekała się miana „szubienicy Wschodu”. Wśród oficerów utarło się powiedzenie, że „nawet śmierć jest lepsza od barona’. Baron nienawidził bolszewików. Jeden z jego żołnierzy wspominał:

 

Agenci sprowadzali tysiącami bolszewików na sąd generała, który krótkim „Kończyć!” rozstrzygał los schwytanych. Trupy pokrywały gęsto okoliczne wzgórza.

 

Antoni F. Ossendowski również opisywał jedno z takich zdarzeń:

 

Ungern nacisnął czapkę na głowę, schwycił swój nieodstępny „taszur” i wypadł z jurty. Wyszedłem za nim. Przed jurtą stali jeńcy, otoczeni przez uzbrojonych kozaków, zziajanych daleką i szybką jazdą. Baron zatrzymał się przed czerwonymi żołnierzami i przez kilka minut wpatrywał się w ich oczy, nie odrywając od nich wzroku. Na jego twarzy znać było ogromny wysiłek myśli i woli. Wreszcie odszedł, usiadł na progu jurty, zdjął czapkę i, utkwiwszy oczy w ziemię, jął mocno trzeć czoło. Nagle powstał i stanowczym krokiem zbliżył się do jeńców.

– Stań więcej na lewo – a ty na prawo... – rozkazywał baron jeńcom, z lekka uderzając każdego taszurem w prawe ramię. Dwóch przeszło na lewo, czterech na prawo.

– Zrewidować ubranie tych dwóch! – zakomenderował. – To są komisarze sowieccy!

Zwracając się zaś do czterech wylęknionych jeńców, stojących na prawo, rzekł do nich:

– A wy jesteście chłopami, zmobilizowanymi przez bolszewików.

– Wedle rozkazu, ekscelencjo!...  wrzasnęli jeńcy zupełnie nie  podług  dyscypliny bolszewickiej. – My nic ze swojej woli.

– Idźcie do komendanta i powiedzcie mu, że przyjmuję was do oddziału tybetańskiego – rzekł spokojnie baron.

Ucieszeni „bolszewicy” natychmiast opuścili podwórze strasznego generała. Tymczasem u dwóch  pozostałych  znaleziono  w  podszewce  cholew  paszporty  politycznych  komisarzy sowieckich. Baron nachmurzył czoło i, powoli wymawiając każde słowo, rzucił w przestrzeń rozkaz;

– Zatłuc ich kijami!

 

       W Urgdze, gdzie walczył o niepodległość Mongolii z Chińczykami, również wyróżniał się z tłumu. Wśród chińskich żołnierzy krążyła legenda o żołnierzu na białym koniu, którego nie dosięgają kule. Jeśli do tego dodamy, że lubił przechadzać się po wzgórzach w towarzystwie oswojonych wilków, to mamy już dość wyraźny obraz barona Romana von Ungern – Starnberga.

 

W styczniu 1921r. „biali” podeszli pod święte miasto. Każdy żołnierz miał za zadanie rozpalić trzy ogniska, żeby spowodować wrażenie, że pod murami miasta zaległa ogromna armia. Tym fortelem, po niewielkiej bitwie, odnieśli spektakularne zwycięstwo.

Kiedy wyzwolił Urgę i uwolnił uwięzionego Kutuktu, żywego Buddę (…..) baron Ungern, mianowany został Chanem Czan Czuna, „Bogiem Wojny”. Niesamowite wyróżnienie, jak na nie Mongoła.

 

Baron Ungern uważał, że „misją Mongolii jest służyć, jako bariera wobec wściekłych hord owładniętego przez szatana apokaliptycznego człowieczeństwa – gogów i magogów bolszewizmu i demokracji, profańskiego świata”.

 

Nie tylko, był pierwszym Europejczykiem, który został „Bogiem Wojny”. Nie tylko, był słynny z odwagi i bezwzględności. Nie tylko, zasłynął z mordowania bolszewików i żydów odpowiedzialnych za rewolucję. Dzięki niemu, ulice Urgi pierwszy raz w historii oświetliły lampy elektryczne. Wznowił działalność kopalń i uruchomił fabryki. Bano się go, ale i kochano.

Bolszewicy nie mogli sobie pozwolić na wroga, z tak wielkim autorytetem. 35 Dywizja Armii Czerwonej, otrzymała rozkaz, aby „zaatakować oddział barona Ungerna, rozbić go i zniszczyć”. Po jakimś czasie „białe” oddziały Ungerna dały się zwabić w zasadzkę silnie uzbrojonego wroga, który przewyższał ich liczebnością. Około połowę z 4 tysięcy żołnierzy, baron Ungern zdołał wyciągnąć z rzezi.

Bolszewicy oczywiście nie odpuścili, a wódz rewolucji, Lenin podjął decyzję o „wyzwoleniu” (skąd my to znamy?) Mongolii. Na Urgę ruszyło 10 tysięcy bolszewików…

Zdradzony i schwytany baron Ungern, nie próbował ukrywać swej tożsamości. W Nowonikołajewsku urządzono pokazowy proces barona Ungerna. Po wydaniu wyroku, za próbę obalenia rewolucyjnej władzy bolszewików, został rozstrzelany. Ponoć na swoją ostatnią drogę otrzymał od Kutuktu pierścień samego Dżyngis Chana:

 

Boski Kutuktu podszedł do sejfu, wyraźnie odróżniającego się na tle wschodniego wystroju pokoju. Długo mocował się z zamkiem. W końcu ciężkie drzwi powoli się otworzyły... Kutuktu zdjął z metalowej półki szkatułkę z kości słoniowej. W środku był rubinowy pierścień ze znakiem słońca Hakenkreuz, symbolem starożytnych aryjskich zdobywców.

- Dżyngis-chan nigdy nie zdejmował go z prawej ręki.

Roman Fiodorowicz von Ungern-Sternberg patrzył oszołomiony na skarb. Jak we śnie wyciągnął rękę w stronę Kutuktu. Starzec drżał, z trudem udało mu się naciągnąć na palec Barona pierścień wielkiego zdobywcy.

 

        Do dzisiaj krążą opowieści o wielkim skarbie barona Ungerna, ukrytym gdzieś w stepie. Wedle legendy, część kosztowności przywiózł do Europy, słynny podróżnik i pisarz, cytowany już, Ferdynand Antoni Ossendowski.

Kluczową postacią, jeśli chodzi o wątek ogromnego skarbu, jest Kamil Giżycki, jeden z żołnierzy Ungerna. W 1934r. na poszukiwanie skarbu wybrali się Amerykanie, a wśród nich brat barona Ungerna. W czasie wojny skarbu poszukiwali hitlerowcy z SS, a już w latach 60 – tych, funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa. Ci ostatni, w roku 1968 odwiedzili Giżyckiego z propozycją wyjazdu do Mongolii. Jednakże, Giżycki nie bardzo był skłonny, do rozdawania kosztowności ubekom. Może wiedział, gdzie ukryty jest skarb? Z pewnością był zamożnym człowiekiem. W 1934r. nabył działkę w Liberii, na której założył plantację rycynusa. Pokrył też koszty badań naukowych profesora Jana Hirschlera z Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie.

 

Najbardziej sensacyjny wydaje się polski ślad w sprawie skarbu barona Ungerna. Prowadzi on na ziemię lubuską, do Nowogrodu Bobrzańskiego. Wiosną 1945 r. pojawiła się tam stryjeczna siostra Ungerna Annelise von Harpe. Uciekła ona z Estonii przed Armią Czerwoną. Wiozła z sobą portrety rodzinne i prawdopodobnie testament barona. Zatrzymała się w rodzinnym domu Elizy Kuske, swojej pokojówki. Kiedy Witold Michałowski zbierał informacje o losach testamentu barona Ungerna, ówczesny przewodniczący powiatowej rady narodowej w Zielonej Górze opowiedział mu historię, która zdarzyła się pod koniec wojny. W pobliskim Zatoniu znaleziono ranną starszą Niemkę, która twierdziła, że jest baronową. Wtedy ją uratowano, ale zmarła po kilku miesiącach. Przed śmiercią wyjawiła jednemu z opiekunów, gdzie schowała biżuterię, złoto, obrazy i dokumenty. Rzeczy te mieli przejąć mężczyźni twierdzący, że są funkcjonariuszami UB. Później Erich Ungern, brat baronowej von Harpe, opowiadał, że w okolicach Zielonej Góry siostra spotkała się z jakimiś Tybetańczykami. Czyżby rozmawiali o skarbie barona?” – napisano we „Wprost”.

 

         Książka Ossendowskiego, zatytułowana: „Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów”, opowiadająca m. in. o podróży przez Mongolię, doczekała się 142 wydań w 19 językach. Ossendowski, w swej fascynującej i niezwykle niebezpiecznej podróży, spotkał na swej drodze barona Ungerna:

 

„Przechodziliśmy właśnie przez plac, gdy naraz z bocznej ulicy z hukiem syreny wytoczył się ogromny samochód.  Siedział w nim baron Ungern, w złocistym jedwabnym chałacie chana, opasanym niebieskim szalem i w niebieskiej czapce oficera rosyjskiego z żółtym lampasem.  Jechał szybko, ustawicznie rozglądając się w tłumie. Zauważył mię i poznał od razu. Samochód się zatrzymał, baron przywitał się ze mną i zaprosił do siebie. Mieszkał w małej, bardzo skromnie urządzonej jurcie, która stała na podwórzu domu chińskiego. Obok wznosiły się jeszcze dwie jurty dla sztabu.”

 

Ossendowski miał to szczęście spotkać charyzmatycznego barona, którego  "historię splątano z mitem, rzeczywistość z fantazją, prawdę z oszczerstwem". Ile dzisiaj jest prawdy w życiorysie Ungerna, a ile mitu? - Tak do końca nie wiemy.

 

"Dowiedziawszy się o jego śmierci, Bodga Chan rozkazał modlić się za jego duszę w całej Mongolii" [J. Palmer]

 

 

Do ostatniego tchnienia będzie walczył z bolszewikami, a Zabajkale spłynie obficie krwią. Przeczucie mówiło mi, że ten człowiek, pragnący ratować świat przed strasznym polipem, rujnującym kulturę i postęp duchowy, zginie niezrozumiany przez swoich oficerów, uważających go za sadystę i zbrodniarza”.

– Kamil Giżycki, polski żołnierz barona Ungerna.

 

 

 

Źródła:

 

- „Historia. Do Rzeczy” – Paweł Michalik w nr. 7 (41)/2016r.

- „Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów” – Antoni F. Ossendowski

- "Krwawy Biały Baron" - James Palmer

- www.4pt.su.pl

- www.wprost.pl 

- www.rambow.de

- Zdjęcie barona z www.racjonalista.pl

- Zdjęcie bolszewików z www.wolnemedia.net

 

 

Please reload

© 2015 by "This Just In". Proudly created with Wix.com