Poprawność polityczna cz.I (2)

"W czasach powszechnego fałszu mówienie prawdy jest czynem rewolucyjnym" – G. Orwell


Słusznie miniony ustrój polityczny, właściwie od początku swego istnienia, od zarania, że się tak wyrażę, zdawał sobie sprawę z ogromnej mocy oddziaływania na umysły pospólstwa poprzez tzw, z angielskiego mass media. Prasa, radio, telewizja… - słowem, środki masowego przekazu, środkami masowego rażenia zwane. Na ich działanie narażeni jesteśmy wszyscy. Zarówno na ich dobre, jak i złe działanie. W każdym razie, środki masowego przekazu mają na nas ogromny wpływ i z tego musimy sobie zdawać sprawę.


Jest to bardzo ważna kwestia, w kontekście wszędobylskich stwierdzeń, że jakoby „kapitał nie miał narodowości”, więc nie ma to znaczenia, że większość prasy „polskiej” (polskojęzycznej raczej) należy do koncernów niemieckich (np.). Otóż, żeby się nie powtarzać (już kiedyś o tym pisałem) wspomnę jedynie, że nie jest w interesie Niemców, czy też jakiegokolwiek innego państwa ościennego, aby Polakom dobrze się wiodło, ponieważ oznacza to, że tymże państwom ościennym wiedzie się gorzej. Są pewne zależności w świecie wielkiej polityki, których nie pokonamy, a o tworzeniu równości i szczęścia dla wszystkich to już się przekonaliśmy na własnej skórze, za sprawą komunistów.


Właśnie ci komuniści, po dogadaniu się w Magdalence, przy okrągłym stole stwierdzili, że ciemnemu ludowi (jak się wyraził kiedyś jeden z polityków) można wcisnąć wszystko. Wystarczy, jak zalecał towarzysz Stalin powtarzać kłamstwo setki razy, a wejdzie w życie, jako najświętsza prawda. Jeszcze jak ją poprze jakiś „autorytet” z per prof. przed nazwiskiem i pokarzą w telewizorze, to największa bzdura wejdzie do kanonu prawd i zasad oczywistych, wynikających z tzw. „oczywistej oczywistości”.

Przejdźmy do szczegółów.


Szeroko pojęte media nazywane są pierwszą władzą w Polsce. Nie tylko w Polsce, ale w niektórych krajach wygląda to trochę lepiej. W Magdalence, byli aparatczycy mogli ustąpić w wielu kwestiach, ale wiedzieli, że media muszą pozostać po ich stronie. Tutaj popuścić wiele nie można. Otwarcie przeciętnemu Kowalskiemu drogi do prawdy poprzez media, to jakby odmówić adwokata we własnej sprawie sądowej. Dlatego pierwszym prezesem TVP po zmianach ustrojowych został niejaki Andrzej Drawicz, szerzej znany, jako tajny współpracownik służb słusznie minionego ustroju. Później prezesurę objął Janusz Zaorski (syn wiceministra kultury z peerelu), a potem Robert Kwiatkowski (syn oficera politycznego, pułkownika Kwiatkowskiego, który był też, co warte odnotowania pierwszym dyr. CBOS, czyli Centrum Badania Opinii Społecznej), itd., itd… synowie i szwagrowie "królika" dzielili się stanowiskami w imię zasady „dziel i rządź”. W imię znanego stwierdzenia Pawlaczki, że „sąd sądem, ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie”. Z czego, w tym przypadku „nasza”, to „ich” strona. W nowej telewizji, stare gęby gadają.


Skoro postkomuniści mieli w rękach media, czyli „pierwszą władzę w Polsce”, to zaczęli rządzić. Wszak władza od tego jest. Niestety rządzić wedle starych, sprawdzonych metod. Cenzurę z czasów PRL-u zastąpiono, zaczerpniętym z „imperialistycznych” USA terminem „polityczna poprawność”. To się działo na początku lat 90-tych, ale konsekwencje „politycznej poprawności” i związanej z nią „nowomowy”, tym bardziej obserwujemy dzisiaj. Tym bardziej na Zachodzie, ale i na naszym podwórku wesoło nie jest.

Pewne kwestie propagandowe, jako te sprawdzone, które zawsze działają, wciąż są niezmienne od lat. Po oficjalnym upadku systemu w 1989r. bardziej zniechęcano ludzi do Kościoła, który „wpychał się” do szkół („terror wyznaniowy”) i łóżek porządnych obywateli, niż do komunistycznych aparatczyków, którzy mieli na rękach krew tysięcy Polaków. Tak i teraz więcej słyszymy o rzekomym „polskim antysemityzmie”, rasizmie, ksenofobii i oczywiście faszyzmie i nacjonalizmie, co zawsze działa na wyobraźnie przeciętnego odbiorcy. Pomijam tutaj jednostki, które są zwyczajnie głupie (przepraszam, ale nie wiem jak inaczej to określić). Mam na myśli m.in. tych, co wierzą we wszystko, co w swej gazecie napisze były rzecznik prasowy z czasów komuny Jerzy Urban. Chociaż publicznie, wielokrotnie przyznał, że zarówno wtedy, jak i teraz kłamie, bo mu za to dobrze płacą, to nadal część jego fanatycznych zwolenników uważa, to co pisze za najświętszą prawdę. Niepojęte.


W ramach nowoczesnej cenzury, czyli „poprawności politycznej” zdezawuowano i zmieniono wydźwięk pewnych terminów, aby zakłamać ich pierwotne znaczenie i nie nazywać rzeczy po imieniu; czyli ukryć prawdę. W „Najwyższym czasie” z marca 2000r. Dariusz Hybel wyodrębnił niektóre słowa i zwroty z nowomowy i zawarł je w „Słowniku politycznej poprawności”. Wedle kręgów liberalno – feministycznych, które ową nowomowę wprowadzają w nasze życie, takie pojęcie jak aborcja, nie może być nazywane „zabijaniem dzieci nienarodzonych”, ale jest to tylko forma „obrony wolności kobiet”. Akceptacja wszelkiego rodzaju zboczeń, wynaturzeń i dewiacji, to nic innego jak tolerancja. A któż wystąpi przeciwko tolerancji? Tak? Wystąpisz? – toś ksenofob, faszysta… Eutanazja, wg. nowomowy kręgów zwanych lewackimi (Ostatnio uznano, że czegoś takiego jak lewackość nie ma, bo nie ma w słowniku takiego terminu. Z taką logiką się mierzymy), to nie zabijanie, tylko rodzaj „ulgi dla ludzi chorych i starych”. Wszelkie przejawy antyklerykalizmu to zwykła i słuszna walka z zacofaniem i wszędobylskim „ciemnogrodem”.


Ruchy feministyczne praktycznie nie istnieją, jeśli nie walczą z tradycyjnym modelem rodziny, na czele której stoi mężczyzna odpowiedzialny za tę rodzinę, czyli wg. feministek „męski szowinista”. Jeśli do tego kocha swoją rodzinę i kraj, w którym mieszka, a z którym się utożsamia, to już pewne, że „wstecznik” i „nacjonalista”, czyli zły, którego trzeba zwalczać. Przykłady można by mnożyć bez końca. Garściami można by czerpać z decydentów Parlamentu Europejskiego, partii liberalnych i ruchów feministycznych. Jednak, o ile trzydzieści lat temu mogliśmy śmiać się z różnych duractw mających miejsce w USA, to dzisiaj nie sposób się od nich opędzić również w Polsce. Podam jeden z bardziej wyrazistych przykładów politycznej poprawności, który pozostawię bez komentarza. Dotyczy on postulatu Stowarzyszenia „Sourds en colcre”, zakazującego „głuchym się leczyć, aby nie utracili oni swej cennej i niepowtarzalnej specyfiki jako grupa mniejszościowa.” Można o tym więcej poczytać w „Wprost” z 23 lipca 1995r. Chodzi o to, że wg. tegoż Stowarzyszenia leczenie z głuchoty to „niegodziwe postepowanie” wynikające z tego, że „słyszący są nietolerancyjni i dążą do „urawiłówki”, starając się podstępnie przeciągnąć głuchych do swojego obozu i pozbawić ich „historii, kultury i języka”.


Media, będące w rękach ludzi promujących takie stowarzyszenia i antywartości, mogą narobić wiele spustoszenia w umysłach ludzkich, zwłaszcza dzieci i młodzieży, na którą przede wszystkim oddziałowują.

Nowoczesna cenzura mediów ma moc pokazywania ludziom tego, co zechce, a blokowania tego, czego pokazać nie chce. W tej kwestii nic się nie zmieniło. Nawet jeśli uda się stronie konserwatywnej („ciemnogrodowi”) przeforsować jakiś film, czy książkę, do mediów publicznych, to znajdą się eksperci, którzy przy okazji wytłumaczą, że autor (czy też reżyser) to niedouczony ignorant, który nie do końca wie co czyni. Materiał filmowy chyba wyparował, więc podaję taki oto link:


https://teleshow.wp.pl/kropka-nad-i-awantura-w-programie-olejnik-wyrwala-wiplerowi-zdjecia-ofiar-isis-6021669987566209a


Od początku naszej „demokracji” w opanowanych w większości przez postkomunistów mediach blokowany był pokaz filmu „1980 – Solidarność – 1990 – 10 lat później” Piotra Zarębskiego. Do dzisiaj mało znany film z roku 1990, który nie miał szans pojawić się w telewizji, czy kinie. Jego nielegalne kopie krążyły po domach, powielane jak za okupacji na kasetach wideo. Film pokazywał oszustwo okrągłostołowe i przejęcie „Solidarności” przez komunistów. Sam reżyser nie miał złudzeń, dlaczego jego film nie jest pokazywany szerszej publice:


„Wszystkie telewizje lokalne powiązane są z osobami poprzedniego systemu, dysponującymi ogromnym kapitałem często pochodzącym z nadużyć finansowych. Ta prywatyzacja w eterze wcale nie oznacza dostępu do niego wolnego słowa. Niby w kraju mamy wolna prasę, a recenzje z filmu i moje wywiady jakoś nie są publikowane.”


Pan Zarębski wypowiedział się bardzo nienowocześnie. Wg. nowomowy powinien mówić o restrukturyzacji albo reprywatyzacji, zamiast nadużyciach finansowych, czy uwłaszczeniu się na mieniu państwowym.


Podobny los spotkał film Jacka Kurskiego, o obaleniu pierwszego legalnego rządu ( Jana Olszewskiego), wybranego w sposób demokratyczny. „Nocna zmiana” pokazywała archiwalne nagrania, z których jasno wynika, że niebagatelną rolę w obaleniu tego rządu miał Lech Wałęsa (Dzisiaj już wiemy o jego przeszłości, jako tajnego współpracownika służb komunistycznych o pseudonimie „Bolek”).

Dzisiaj ten materiał filmowy jest już dość dobrze znany, ale tylko za sprawą Internetu. W telewizji, nawet jeśli był pokazywany, to z zastosowaniem znanej metody: wyświetlić w godzinach najmniejszej oglądalności, najlepiej późną nocą, kiedy większość społeczeństwa śpi.


Z dużą konsekwencją blokowane były emisje filmów mówiących o zbrodniach komunistycznych. TVP nie chciała wyemitować filmów traktujących o morderstwach popełnionych na ks. Sylwestrze Zychu, Grzegorzu Przemyku, ks. Jerzym Popiełuszce… W Andrzejewie, film o zamordowaniu księdza Popiełuszki wyświetlany był wówczas w andrzejewskim kościele, dzięki ks. prob. Józefowi Mierzejewskiemu. Prawda o prawdziwych wykonawcach i zleceniodawcach tego mordu, ukrywana jest konsekwentnie do dziś.


Film Aliny Czerniakowskiej pt. „Humer i inni” ostatecznie został wyświetlony w telewizji po raz pierwszy w roku 1995. Nastąpiło to tylko i wyłącznie w skutek mocnego oprotestowania blokowania filmu. Filmu, który bez ogródek mówi o „misternej konstrukcji kłamstw”, którą był system komunistyczny; „fikcji, za którą kryło się morze łez i krwi”. Tytułowym bohaterem materiału filmowego jest Adam Humer, reprezentant oprawców, którzy torturowali i katowali niepokornych wobec władzy ludowej Polaków. Film ukazuje z jednej strony dramat męczonych ludzi i zobojętnienie oraz brak poczucia winy z drugiej strony. Dokument świadczący o zbrodniarzach, którzy torturowali i mordowali żołnierzy podziemia niepodległościowego, nie mógł ukazać się w niepodległym państwie. To dość wymowne.


Do tej pory blokowane są filmy o gen. W. Jaruzelskim, Rafale Gan – Ganowiczu, czy żołnierzach wyklętych. Postać mjra Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”, czy rtm. Witolda Pileckiego dopiero teraz jest znana szerszemu odbiorcy. A przecież materiały filmowe o nich nakręcone były już kilkanaście lat temu. Żołnierze podziemia antykomunistycznego nadal są na cenzurowanym. Życiorysy tak barwne jak Pileckiego, Szendzielarza, Dziemieszkiewicza, Siedzikówny i im podobnych na Zachodzie staliby się bohaterami wspaniałych produkcji filmowych. W Polsce musimy robić zrzutki pieniężne na wyprodukowanie takich filmów, bo instytucje państwowe nie garną się do sponsorowania filmów o takiej tematyce.


Z wieloma problemami borykały się również programy publicystyczne, które pomimo ogromnej popularności wśród widzów, zniknęły z ramówki telewizyjnej. Taki los spotkał m.in. programy publicystyczne „Lewiatan” i „Bez znieczulenia” Wiesława Walendziaka; „Puls dnia” zamieniony w rezultacie na „Centrum uwagi”; „Rozmowy kanciastego stołu” Jacka Kurskiego; „Sprawa dla reportera” Elżbiety Jaworowicz; „WC Kwadrans” Wojciecha Cejrowskiego, itd. Trzeba przyznać, że gdyby W. Cejrowski prowadził ten program dzisiaj i mówił to, co wówczas, to pewnie skończyłby w więzieniu. Tak postąpiła polityczna poprawność. Dlatego warto sobie przypomnieć, jakie były początki walki Cejrowskiego z absurdem i spojrzeć na to z perspektywy czasu. Warto sobie uświadomić, w jakim kierunku podążamy. Z tym, że Internet też jest w dużym stopniu cenzurowany i część tych materiałów filmowych jest usuwanych. Więc, jeśli pod linkiem do filmu nic nie znajdziecie, znaczy to, że cenzorzy nie śpią i film został usunięty.


Blokowane jest również istnienie w przestrzeni publicznej publikacji prasowych. Tutaj nowocześni cenzorzy maja trudniej, bo broszurka, gazeta, czy książka są stosunkowo tańsze w produkcji i łatwiejsze w kolportażu. Niemniej jednak na tym poletku również ciągle trwa wojna.

Ciąg dalszy za tydzień.



Źródła:

- „Nowa cenzura” – J. Nowak

- „Wprost” – 23 VII 2000r.

- „Niedziela” – 25 VI 1999r.

- www.kontrowersje.net

- www.salon24.pl

- www.teleshow.wp.pl

Czytelnia
Wybierz kluczowe słowo:

© 2015 by "This Just In". Proudly created with Wix.com