Święty dezerter

December 6, 2018

 

       Urodził się w ubogiej rodzinie 25 maja 1887r. w włoskiej Pietralcinie, jako syn Grazio Forgione i Marii Giuseppiny De Nunzio. Na chrzcie nadano mu imię Francesco.

 

Mając 16 lat, został przyjęty do nowicjatu Zakonu Braci Mniejszych Kapucynów w Morcone, gdzie nadano mu imię Pio. Profesję uroczystą swoich ślubów zakonnych złożył w styczniu 1907r. Trzy lata później otrzymał święcenia kapłańskie. Ze względu na zły stan zdrowia do 1916r. pozostał w gronie swojej bliskiej rodziny. Później został skierowany do klasztoru w San Giovanni Rotondo.

 

       Prawdziwe powołanie zakonnika, z którego zasłynął na całym świecie, dotyczyło jego niesamowitej posługi w konfesjonale. Ojciec Pio znał grzechy ludzkie, zanim je jeszcze zdołano wymienić. Jeśli ktoś przyszedł z myślą zatajenia czegoś, albo z ciekawości, wypędzał od konfesjonału bez wysłuchania. Znał każdą skazę na sercu człowieka, choćby sam zainteresowany nawet o niej zapomniał.

 

Ojciec Pio zasłynął również, jako pierwszy ksiądz, który doświadczył stygmatów, czyli oznak Męki Pańskiej na swoim ciele. 20 września 1918 roku, poczuł silny ból. Miał trwać przez dziesięciolecia...

 

Bóg podzielił się z Ojcem Pio pięcioma ranami, zadanymi Jezusowi na krzyżu. Z tego powodu był wielokrotnie upokarzany (również przez hierarchów Kościoła, co nie wpłynęło na jego bezgraniczne posłuszeństwo przełożonym i Kościołowi) i badany (również przez lekarzy niewierzących, aby wykluczyć stronniczość). Nikt nie był w stanie wyjaśnij fenomenu krwawiących ran Ojca Pio. Przez szereg lat, objęto go zakazem kontaktowania się z wiernymi oraz zakazem publicznego odprawiania Mszy.

 

Wielu ludzi, za sprawą Ojca Pio zostało uzdrowionych z poważnych chorób, a jeszcze więcej nawróciło się na wiarę katolicką.

 

         Zmarł 23 września 1968 roku. Miał wówczas 81 lat. Jego krwawiące rany, ku zdumieniu lekarzy zniknęły po śmierci. Na pogrzeb przybyły niezliczone rzesze wienych.

 

Papież Paweł VI w 1971r powiedział:

 

„Patrzcie jaką zdobył sławę, jaką rzeszę zgromadził wokół siebie! Ale dlaczego? Może dlatego, że był filozofem? Może mędrcem? Może dlatego, że miał jakieś środki do dyspozycji? Bynajmniej, dlatego, że pokornie odprawiał Mszę św., spowiadał od rana do wieczora, i dlatego, że aż trudno to wypowiedzieć – na wzór naszego Pana był naznaczony stygmatami. Był mężem modlitwy i cierpienia.”

 

        Podczas Wielkiej Wojny, został wcielony do wojska i uznany za… dezertera.

 

 

        „Toczy się wojna (…) Zwierzchnicy w wojsku, widząc jego nieporadność i niezręczność połączone z łagodnością i niespotykaną pokorą, przydzielili mu najniewdzięczniejsze zajęcia, których wszyscy inni starannie unikali. Był więc ordynansem na usługach wszystkich, był popychadłem i kozłem ofiarnym. (…)

 

Nic nam nie wiadomo o jego pobycie w szpitalu Świętej Trójcy w Neapolu, gdzie został później przydzielony, jako posługacz do wykonywania najcięższych i najbardziej odrażających obowiązków. Nie ma wątpliwości, że ćwiczył się tam w miłosierdziu dla chorych i rannych. Każdy dzień przynosił mu dotkliwe lekcje poglądowe. Jak zaradzić trwonieniu nieuniknionego cierpienia? Co uczynić, żeby je skierować w stronę Krzyża, na którym dokonało się odkupienie? Szeregowy Francesco Forgione, milczący i zahukany, niezręczny, niezaradny, wbity w źle skrojony mundur, wywiązuje się, jak może, ze swoich obowiązków i służy za łatwy cel docinków kolegom, nielitościwym dla „ofermy”. Kto by się domyślił, że każdy ruch dłoni, przebitych tajemną raną, sprowadza nieznośne cierpienia? (…)

 

Oswobodzenie pojawiło się pod postacią choroby, dzięki której udzielono mu urlopu na wyjazd najpierw do Foggi, potem do Pietrelciny. Po powrocie do Neapolu rozchorował się ponownie (wtedy to spowodował pękanie termometrów w szpitalu, ku zdumieniu lekarzy) i został znowu zwolniony na sześć miesięcy.

Po upływie terminu powrotu Francesco Forgione nie stanął do apelu i został uznany za dezertera. Jednocześnie brygadier karabinierów w Pietrelcinie otrzymał rozkaz odszukania i natychmiastowego odstawienia pod eskortą niejakiego Francesco Forgione.

Marszałek karabinierów (taki tytuł bowiem przysługuje we Włoszech tej kategorii funkcjonariuszy służby bezpieczeństwa publicznego) obszedł całe osiedle z wezwaniem w ręku, nikt jednak nie umiał go poinformować o miejscu pobytu Francesca Forgione, szeregowca królewskiej piechoty i dezertera. Wszyscy znali Padre Pio, ale od czasu gdy jako młodu chłopak wstąpił do kapucynów, jego świeckie imię i nazwisko poszło w zapomnienie. Poszukiwania marszałka karabinierów były może zbyt pobieżne; jakkolwiek było, zakończyły się one rezultatem ujemnym. (…)

 

Mrucząc pod nosem mało pochlebne komplementy pod adresem rozkazodawców, wyruszył znów na poszukiwanie tropów i byłby jeszcze raz wrócił z niczym, gdyby przypadkiem nie spotkał zamężnej siostry Padre Pio.

- Donna Felicia – rzekł, wyciągając papier z kieszeni – Nie znacie przypadkiem niejakiego Francesco Forgione?

- Naturalnie, ze znam – odparła donna Felicia – To mój brat.

- Jak to, brat? Alboż to jest Padre Pio? – wykrzyknął marszałek najzupełniej oszołomiony. Bo i on znał oczywiście młodego kapucyna, ale nie przyszło mu do głowy łączyć jego osoby z nazwiskiem zbiega, którego mu kazano szukać.

Wreszcie pewnego pięknego poranka brygadier z San Giovanni Rotondo zadzwonił do wrót klasztoru kapucynów i zwierzył się z kłopotu bratu furtianowi.

- Jak to? Szukacie Francesca Forgione? Ależ on jest u nas. Przecie to Padre Pio.

Pod brygadierem ugięły się kolana. Padre Pio? Per Baccho! Cała okolica znała go z opowiadania. Padre Pio był dezerterem?. No cóż, trudno, nie można się było wykręcać, rozkaz rozkazem, a ten był nie tylko wyraźny lecz w dodatku podszyty groźbą. Padre Pio pojechał natychmiast do Neapolu. Zaraz po przyjeździe

zameldował się u kapitana.

- Szeregowy Forgione – rzekł kapitan, groźnie marszcząc brwi – Czy wam wiadomo, że zgłoszono was jako dezertera?

Padre Pio bynajmniej się nie zmieszał. – Nic podobnego, panie kapitanie. Nie jestem dezerterem. Udzielono mi urlopu, o, tutaj napisane, proszę przeczytać: „zwolniony na sześć miesięcy, po ich upływie czekać na dalsze rozkazy”. Zastosowałem się, czekałem, rozkaz doręczono mi dopiero wczoraj, przyjechałem natychmiast i jestem.

Kapitan przyjrzał mu się ze zdumieniem. Ma bestia rację. I pomyśleć ile krwi napsuł przez blisko rok tym, którzy go szukali! Ile korespondencji narosło w jego sprawie!”

 

 

 

Źródła:

- Na podstawie jednej z najlepszych książek o Ojcu Pio z Pietrelciny, pod tytułem „Prawdziwe oblicze Ojca Pio”, autorstwa Marii Winowskiej. Książka jest literackim reportażem autorki z podróży do San Giovanni Rotondo.

Please reload

© 2015 by "This Just In". Proudly created with Wix.com