Baśka Murmańska

January 24, 2019

 

„Straśneż dziwy, Boże apostolski!

Wybrał się legun na obronę Polski,

Chciał bronić kraju nieszczęśliwy legun,

Obronił biegun”

 

Fragment wiersza mjra Bogusława Szula

 

 

        „Zanim Warszawa ujrzała ją na placu Saskim, dzieje żywota jej były epickie jak wędrówka „kaniowczyków” do kraju przez Murmańsk, a rozgrywały się na tle egzotycznym, tam, gdzie foki są czymś tak rozpowszechnionym, jak w Polsce zwyczajne prosięta, gdzie zamiast maćkowej gruszy moroszka z klukwą rośnie, niewiasty zaś paradują w spodniach z futra i nigdy się nie myjąc, wysmarowane tranem rybim, lśnią się na glanc.”

 

       Tymi słowami rozpoczął swe opowiadanie o Baśce Eugeniusz Małaczewski. Fantastyczne opowiadanie, jak zresztą wszystkie w tomiku „Koń na wzgórzu”. Jest to jedna z tych historii, gdzie los człowieka przeplata się z losem zwierzęcia, w  jakiś sposób uzależniając ich losy od siebie. Nie jest to osobliwy przypadek, że żołnierze jako maskotkę oddziału przygarniają zwierzaka, który towarzyszy im podczas trudów wojennego życia. Przeważnie były to psy, albo koty, ale bywały też kury i tak osobliwe „maskotki” jak niedźwiedzie. Niedźwiedziem był słynny „Wojtek” od Andersa, jak również nasza dzisiejsza bohaterka zwana „Baśką Murmańską”.

 

        Cała historia zaczęła się w chwili, w której trzeba było ratować… honor żołnierza polskiej armii:

 

„ – Zwariowałeś?!

- Nie. Tu chodzi o honor całej polskiej armii.

- Jak to?

- Zaraz opowiem – odrzekł podchorąży. – Czy znacie kapitana bersalierów, Włocha, tego, co chodzi, jada, kocha i sypia z monoklem w pysku?

- To ten, z którym na ostatnim balu w misji francuskiej poróżniliście się o to rozłożyste ciało w sukni lila?

- Mój kochany, proszę cię!...Dobieraj oględniejszych wyrażeń, gdy mówisz ze mną o kobiecie, którą więcej niż szanuję… Tak. Ten sam właśnie. Wyobraźcie tylko sobie, na jakie kawały puszcza się ten drab, byleby zdobyć tylko jej względy. I tak już dużo przewag ma nade mną: jest brunetem, ja blondynem, ona woli brunetów; używa monokla, a to jej imponuje; jest kapitanem, ja dopiero podchorążym; nazwisko jego brzmi Andreas Giovanno della Stupida hrabia Bambini, a ja nazywam się Walenty Karaś. Nie dość tego: wieczorami całymi śpiewa jej po włosku, wywracając białka oczów, swoje canzony i barcarolle. A gdy ja, chcąc dotrzymać mu placu, raz huknąłem z całego gardła „husia – siusia”, ona uszy zatkała oburącz i rzekła:

       „Proszę dać spokój. Pan milszy jest bez śpiewu. Panu w dzieciństwie Mahomet musiał nastąpić na ucho.”

        Włoch zaś, ucieszony z mej porażki, zaraz zaśpiewał swym barytonem aksamitnym pieśń zaczynającą się od słów: O, cara mia…!

Zostałem sromotnie pobity.

        Co dzień spotykamy się obaj na spacerze przed domem naszej donny, która czeka, siedząc w oknie i patrzy przez dziurkę wychuchaną w szronie okrywającym szybę. Włoch dowiedział się, że ona lubi zwierzęta. Pewnego dnia przyszedł z oswojoną łasicą siedzącą mu na ramieniu. Lecz nazajutrz ja triumfowałem, bom przywlókł ze sobą na sznurku żywego jeszcze gronostaja. Włoch jednak nie dał za wygraną i w dzień potem przelicytował mego gronostaja autentycznym żółtym lisem. Zawziąłem się tedy i ja. Dostałem młodego wilka, który przy pierwszym spotkaniu zagryzł jego lisa. I w turnieju tym pewnie bym zwyciężył, gdyby z całego miasta nie zbiegły się wówczas wszystkie psy i nie rozszarpały mego wilczka przy ciepłych jeszcze zwłokach żółtego lisa. Włoch natomiast wytrzasnął skądś „błękitnego” lisa i od kilku dni paraduje z nim co dzień na promenadzie wywołując duży efekt w tłumie oraz przychylne uśmiechy w dziurce wychuchanej w szronie na szybie.

        Wpadłem w rozpacz i pewnie bym rozpił się na śmierć, gdyby nie traf szczęśliwy. Przedwczoraj na tutejszym targu spotkałem chłopa Samojeda, który przyprowadził na sprzedaż tego oto niedźwiadka. Kupiłem bez namysłu i teraz zobaczymy, kto lepszy: ja czy Włoch. Nie może być, żeby polski legionista skapitulował przed nacją, którą Bóg stworzył po to jedynie, aby Austria, stale bita przez cały świat, też miała kogo bić!... Pięknie, szelma, zazdrości. Dziś pogrążę go nareszcie w oczach naszej donny i zdobędę jej serce. Zguba nad Włochem wisi, chyba żeby tym razem przytaszczył ze sobą żywego krokodyla!...

- Zwyciężysz. Idź. Masz rację. Tu chodzi o honor całej armii! – krzyknęli chórem słuchacze.”

 

        Tak oto, mały niedźwiedź polarny trafił w szeregi naszego wojska. „Baśkę zaś rozkazem dziennym L.33 § 8 przydzielono do Baonu W.P. na Murmanie z nominacją na „córkę regimentu” i z zaliczeniem na wikt w kompanii karabinów maszynowych.”

 

         Przydzielony do opieki kapral nazwał niedźwiedzia imieniem Baśka, a – jak pisał Małaczewski – było w niej coś z „miłej dzikości, takiej właśnie, jaką ma niejedna z polskich Basiek.” Zrodził się jednak na tym gruncie problem:

 

„Nazwa dana niedźwiedzicy przez Smorgońskiego wkrótce przyjęła się w użyciu wśród żołnierzy całego baonu, lecz jakiś śledziennik, jeden z tych wiecznie ze wszystkiego niezadowolonych, doszukujących się plam na każdym słońcu, podał w wątpliwość nie tylko panieństwo Baśki, ale i jej płeć samą.”

 

Dzień, w którym lekarz potwierdził, że Baśka jest rodzaju żeńskiego, stał się dniem tryumfu zwolenników jej kobiecości. Strzelano na wiwat i wznoszono gromkie „hurra!”, co spowodowało, że angielskie dowództwo postawiło na nogi całą linię frontu, myśląc, że wróg wdarł się na tyły.

„- Baśka! Dalibóg, porządna z ciebie kobita! – wołali entuzjaści.

A ona patrzyła im prosto w oczy, czując, że stanowi z nimi jedną rodzinę, że przestaje być zwykłą niedźwiedzicą polarną, lecz jest jednej rasy, jednego narodu z tymi żołnierzami, którzy ją kochają i są dumni, a dla których staje się żywym sztandarem związanym z dziejami ich tułaczki po ziemiach dalekich, z ich bohaterstwem i nieuwiędłą chwałą.”

 

        Dzielne „Lwy Północy”, jak nazywano naszych wojaków w angielskich rozkazach wracali na "Ojczyzny łono". Gdzie się tylko pojawili budzili podziw i respekt – „półdiabły murmańskie” miały za sobą krwawy szlak wojenny w odległych zakątkach Rosji. „Był to bez wyjątku żołnierz otrzaskany ze śmiercią, dzielny do wybitki, jeszcze lepszy do wypitki, dobry do tańca, gorszy do różańca. Okryli się chwałą nieśmiertelną w oczach wojsk ekspedycyjnych całej Europy”.

 

Nie obyło się przy tym bez awantur. W Gdańsku, kiedy podczas popijawy „szwaba prać by trza po mordzie”, Baśka nie zawiodła kompanów. I dziwili się potem, „jak ten inteligentny zwierz od razu, od pierwszego wejrzenia, znienawidził Szwabów!”

 

         Wraz z batalionem Murmańczyków, dowodzonych przez płk Juliana Skokowskiego podążała egzotyczna w tej części Europy Baśka – polarna niedźwiedzica:

 

„Smorgoński, który jeszcze nigdy nie był w Polsce, lecz twierdził, że „też wraca do kraju”, rzecze do swej kudłatej przyjaciółki:

- A widzisz, Baśka, a widzisz! A co, nie mówiłem! Wracamy do Polski. Cieszże się, durna! A wiesz ty przynajmniej, co to jest Polska? Polska to taki kraj, gdzie nie ma katolików, a wszystko Polaki są korzenne. A po miastach na ulicy wszystek naród gada tylko po jewrejsku i po polsku. Nasz rodzony kraj, Baśka, bardzo piękny kraj!”

 

Baśka rozumiała, że „wraca do Polski” i rozumiała, że „katoliki”, to dla Smorgońskiego tacy jak on, co to urodzili się w śniegach Rosji, a z utęsknioną ziemią ojczystą łączyło ich tylko wyznanie wiary katolickiej. Tam, gdzie nawet mowa zagubiła się z biegiem lat, pokoleń, tam wiara świadczyła jeszcze o polskości.

 

        Wesoła kompania dotarła wreszcie do Modlina, skąd niebawem miała okazję udać się do stolicy, aby wziąć udział w defiladzie przed słynnym Józefem Piłsudskim, Naczelnikiem Państwa Polskiego. Był rok 1919, a Polska po latach zniewolenia była niepodległym krajem. Na Placu Saskim w Warszawie zgromadziły się tłumy. Baśka, jak rasowy żołnierz ruszyła wraz ze swoim batalionem w rytm tarabanów. Istną sensację wywołała, kiedy na hasło „baczność” stanęła na dwóch łapach i dotrzymując kroku żołnierzom zasalutowała Naczelnikowi. Piłsudski nie

omieszkał osobiście zapoznać się z Baśką i kiedy wyciągnął do niej rękę, ta podała mu łapę.

 

        Zimę Baśka spędzała w Garnizonie Modlin. Klimat bardzo jej odpowiadał, zwłaszcza, że pod bacznym okiem opiekunów mogła się pławić w ozdobionych lodowymi krami nurtach Wisły.

Niestety, chęć pławienia się w Wiśle była tak silna, że zerwawszy się z łańcucha popędziła w kierunku rzeki, a przepłynąwszy ją wyszła na drugi brzeg. Kiedy żołnierze ją w końcu znaleźli, mieszkańcy pobliskiej wsi już uśmiercili Baśkę. Do tego nie chcieli oddać martwego zwierza:

 

„- A niedoczekanie wasze! Nie znacie prawa pisanego? Moja jest, bom ją z narażeniem miłego żywota na własnym gruncie upolował. Nie dam!”

 

Stary Wawrzon z synami nie odpuszczał. Po zabiciu Baśki, był to już drugi jego poważny błąd:

 

„ – Twardy jest naród tutejszy! – zawołał na taką odpowiedź zdesperowany Smorgoński. – Nie ma co, chłopaki. Do broni!...

Na to hasło żołnierze rozgrodzili w okamgnieniu pobliski płot, gdyż karabinów ze sobą nie wzięli, i na łbie ojca Wawrzona i jego synów, i kumów, i sąsiadów, wypisali ze wściekłością, z furią jakoby całego batalionu rzucającego się wręcz do ataku z nastawionym bagnetem swoje murmańskie, niezawodne, idące przed wszelkim innym prawem, wojenne prawo.”

 

Tak oto, odbili ciało Baśki Murmańskiej z rąk miejscowej tłuszczy.

 

        Spreparowana Baśka znalazła miejsce, jako eksponat w Muzeum Wojska Polskiego, skąd zginęła po 1945r. Pamięć o niej w Modlinie trwa do dziś.

 

 

 

Źródła:

- „Koń na wzgórzu”, Eugeniusz K. Małaczewski

- „Polscy żołnierze na Murmaniu”, w Biuletynie LOK 2007r.

 

 

 

Please reload

© 2015 by "This Just In". Proudly created with Wix.com