Trzy ojcowskie przytulenia

        „Trzy ojcowskie przytulenia”, to wspomnienia związane z osobą Prymasa Wyszyńskiego, zapisane przez ks. prałata dra Radzisława Henryka Ambroziaka na tegorocznym kalendarzu ściennym. Ponieważ nie każdy może wejść w posiadanie takowego kalendarza, a wspomnienia są bardzo ciekawe, myślę, że warto udostępnić je szerszemu gremium odbiorców, co niniejszym czynię.

         „W popołudniowy czas Dnia Zadusznego roku 1956 wyruszyliśmy pociągiem z Łomży jako seminaryjna pielgrzymka na Jasną Górę, aby podziękować Bogu za uwolnienie Prymasa Stefana Wyszyńskiego. Obecni byli także rektor naszego Wyższego Seminarium Duchownego ks. Józef Perkowski, ojciec duchowny WSD ks. Mikołaja Sasinowski i seminaryjny prefekt ks. Stanisław Wierzbicki.

 

        Czas był już chłodny, z małymi przymrozkami. Trasę w okolicach Śniadowa dekorowały jeszcze późnojesienne pozostałości zbóż, warzyw i ziemniaków oraz inne płody ziemi. W tej długiej podróży przez Warszawę do Częstochowy jedni z nas powierzali Bogu wszystkie swoje dzienne sprawy w modlitwach, różańcu, inni już drzemali, ogarnięci usypiającym cały świat mrokiem za oknami wagonów…

 

        Na niebie malowała się już jutrzenka, ale to przede wszystkim rumor i głośne gwizdy lokomotyw stały się dla nas wszystkich doskonałą pobudką, choć jeszcze w mroku. Lecz przed nami była Jasna Góra! Gdy stanęliśmy u jej progu przed bramą od ul. Św. Barbary, wciąż jeszcze ogarniała nas ciemność, przenikał chłód. Tu, w ciszy, z pokorą czekaliśmy aż do godziny 4.30 rano. Ale był to niezwykły czas i medytacji przed spotkaniem z Tą, która jest Strażniczką, Królową naszą, naszej Ojczyzny i całego świata. Wreszcie trzask rygli i ujrzeliśmy zakonników w bieli, witających pielgrzymów. Tylko parę minut zajęło nam, żeby pierwszymi stanąć przed tronem Jasnogórskiej Pani w Jej Częstochowskiej komnacie. I wzruszenie bez miary. Za chwilę, o godzinie 5.30 osławione w łaski Godzinki, o 6.00 przejmujące fanfary podczas śpiewu „O Maryjo witam Cię…”, podczas gdy Obraz Matki Bożej Częstochowskiej był odsłaniany. Bezpośrednio po tym nasz rektor sprawował Mszę Świętą na Ołtarzu w Kaplicy Królowej Polski. Jeszcze wtedy w języku łacińskim! Jak dobrze…

         Nie pamiętam, czy, kiedy i jaki mieliśmy posiłek, bo nagle wszystko i wszystkich zdominowała wieść o obecności na Jasnej Górze Kardynała Stefana Wyszyńskiego! Nasi przełożeni byli tym faktem tak przejęci, że, niczym w znanym porzekadle, „stanęli na głowie”, aby nastąpiło nieoczekiwane spotkanie. Stojący według starszeństwa, w grupie liczącej około 120 alumnów, z napięciem wyczekiwaliśmy tej doniosłej dla nas chwili. Wreszcie przybył Prymas! Bardzo blady i wychudzony, w wypłowiałej czarnej jesioneczce… Postać wysmukła, twarz tryskająca radością, o niezwykle głębokim spojrzeniu, poruszającym każde serce. Towarzyszył Mu abp Antoni Baraniak, uwolniony podobnie jak Prymas mocą woli i siłą narodu. Przemówienia naszego rektora nie pamiętam! Bo zaczęło się najważniejsze, czego zupełnie się nie spodziewałem! Kardynał jeszcze bardziej się wyprostował i zapytał łagodnym głosem: „Czy jest ktoś z Zuzeli?!, akcentując tę nazwę. Pierwszoroczni wśród alumnów zaczęli oglądać się na resztę, że może jest kilku szczęśliwców, choć nie wiedzieliśmy jeszcze o związku Prymasa z tą miejscowością, a między sobą nie zdążyliśmy jeszcze bliżej się poznać. Niestety, z Zuzeli nie było nikogo! Po chwili, która wydawała nam się długa z powodu zauważalnego zawodu, jakiego doznał Prymas, usłyszeliśmy Jego szept: „Nie ma…?”. Przełożeni nie zdążyli zareagować, czy wytłumaczyć się, nie byli na to przygotowani, gdy wtem padło drugie pytanie, już bardziej ostrożnie, z cicha: „A z Andrzejewa jest ktoś?”. Tego także nikt się nie spodziewał, a tym bardziej ja, nie znając związku Prymasa również z tym miejscem, nie wiedząc o spoczywającej na andrzejewskim cmentarzu Jego Matce, do której miał najwyższe przywiązanie i tęsknotę. Ale się narobiło! I nie musiałem się przepychać. Sam prefekt zrobił szybko przejście, mnie za kołnierz. Przedstawił Prymasowi i powiedział: „Jest jedyny, ten mały z parafii Andrzejewo”. A na marginesie pisząc, jeszcze 20 czerwca tego roku Pańskiego 1956, przed egzaminem miał wątpliwości, czy mnie przyjąć z powodu mego imienia… Nie za dobrze czuliby się przełożeni WSD w Łomży po następnej porażce! Wtedy Prymas nagle przytulił mnie i ucałował! Niesłychane… To ciepło i bliskość pamiętam, i pytanie: „A powiedz, czy te kasztany na cmentarzu przy świątyni jeszcze rosną?”. Popatrzył mi w oczy i już wiedział co powiem: że „Niemcy wszystkie zniszczyli, ale lipy zostały”. „A szkoda i Niemców, i kasztanów”, czule zakończył Prymas. I jeszcze raz mnie przytulił, ucałował i powiedział: „Jeszcze się w życiu zobaczymy, a daj Boże i w Andrzejewie”.

 

        Więcej nie pamiętam, tylko wciąż Ta Chwila służyła mi i nadal służy; że to „przytulenie” wciąż mnie uskrzydla i uskrzydlać będzie. Proroctwo Prymasa się spełniło… Ale najpierw „przytulenie” w Rzymie w 1975 roku, potem w Andrzejewie 20 października 1980 roku podczas ostatniej obecności Prymasa w andrzejewskiej świątyni i przy mogile umiłowanej Jego Mamy śp. Julianny z Karpów; i to trzecie „ojcowskie” przytulenie. Należało mi się, było tak bardzo potrzebne, bo od 1945r. mój Tatuś Antoni, zamordowany w hitlerowskim obocie Gross Rosen, fizycznie mnie już nie pzrytulał, choć zawsze czuję to w sercu…

 

        Było to w październikowe popołudnie roku Pańskiego 1975, w Wiecznym Mieście. Z ks. Antonim Boszko, dzisiaj śp., postanowiliśmy zapoznać się ze studentami, którzy mieszkali w Instytucie Polskim w Rzymie. Tam napotkaliśmy ks. Zdzisława Peszkowskiego, znajomka z USA. Parę minut rozmowy, a tu nagle pojawił się Ks. Prymas Stefan Wyszyński, z całą swą prostotą i niezwykłością! Nie był to dla nas odpowiedni czas na taką niespodziankę z wyjątkową Osobą. Na dodatek naszą kłopotliwą sytuację niewłaściwie wykorzystał ks. Zdzisław, znany z bliskości z Kardynałem. Nie dość że tak nam niefortunnie się powiodło, do tego nie wiedzieliśmy, czy konkretnie się usunąć, czy zostać, to jeszcze na dodatek nie mogąc liczyć na pomoc ks. Zdzisława! Nasze obawy sprawdziły się w jego słowach, skierowanych wobec nas do Prymasa: „Wasza Eminencjo, tych oto kapłanów trzeba jak najszybciej zabrać do kraju”. Byliśmy przerażeni! Jesteśmy tu dopiero 10 miesięcy i jeśli Kardynał weźmie na serio radę bliskiego Mu kapłana, na Boże Narodzenie czeka nas powrót do Polski z niczym! A tu nagle Prymas zbliżył się do mnie, objął za ramiona, a spod oka spoglądając na „oskarżyciela”, niby na żarty, ściskając mnie, powiedział: „Zdzisiu, jeśli jeszcze coś źle o nim powiesz, będziesz miał do czynienia ze mną. Bo my obaj jesteśmy z Andrzejewa i zjednoczyła nas obu Matka Boża Królowa Polski w Częstochowie, w dniu po odzyskaniu przeze mnie wolności”. Rozstrzygnięcie Prymasowskie, niczym salomonowe, wszystkim było na rękę, a dla mnie stało się rękojmią dalszego spokojnego pobytu w Rzymie! Słyszałem często: „To ten, od Prymasa…”.

         Na początku października roku Pańskiego 1980, podczas rozmowy z ks. Bronisławem Piaseckim, osobistym sekretarzem ks. Prymasa Stefana Wyszyńskiego, otrzymałem zadanie: mam zorganizować Prymasowi prywatną wizytę w Andrzejewie oraz powiadomić o tym biskupa łomżyńskiego Mikołaja Sasinowskiego i proboszcza andrzejewskiej parafii ks. Józefa Mierzejewskiego. Formalnościom stało się zadość. Nadszedł 20 października 1980 roku, wybiła oznaczona godzina dziesiąta, a z nią niespodziewanie zjawił się dziekan z Czyżewa ks. Kazimierz Równy i proboszcz z Nura ks. Jan Szurnicki. Przykro mi teraz, ale wtedy, broniąc swojej skóry, zapytałem retorycznie: „Jak myślicie, czy eminencja będzie rad, widząc waszmościów, skoro prosił inaczej?!”. Pewnie im na spokój to nie poszło. Ale w świątyni było dość „symbolicznie”: tylko garstka parafian i kilkoro dzieci z ich ulubioną panią Zofią Gąsiewską, która troskliwie opiekowała się mogiłą śp. Julianny, Mamy Prymasa. On też odprawił Mszę Świętą, ks. Bronisław Piasecki i ja byliśmy asystą, a wspomagał nas andrzejewski wikariusz ks. Bogdan Malinowski. Po Mszy Świętej wszyscy prywatnie przeszliśmy na cmentarz. Tutaj odmówiliśmy modlitwę przy mogile śp. Julianny Wyszyńskiej, a także przy grobach kapłanów i ofiar 1 września 1939 roku. W drodze powrotnej na plebanię Prymas wziął mnie za rękę i powiedział: „Pójdźmy przez cmentarz kościelny to pokażę ci, gdzie rosły kasztany. Już w październiku rzucaliśmy w siebie kasztanami…”. Gdy już pokazał mi to miejsce, powiedział: „Wiesz co, zdałoby się zdjęcie, bo tylko my obaj tutaj ziomki z Andrzejewa”. I tak powstała pamiątkowa fotografia. Tymczasem pozostali księża wracali na plebanię krótszą drogą i, jak się okazało, debatując nad tym, czy zostać na poczęstunku z Prymasem. W końcu zostali wszyscy, a było nas niewielu, bo z Prymasem siedmiu. Przy stole siedziałem po Jego prawicy, czując się dosyć pewnie przy boku Rodaka, po spełnionym zaszczytnym zadaniu. Ale widać było, że obecność Prymasa niektórych kapłanów bardzo krępowała. Oczywiście, Dostojny Gość to zauważył, nachylił się do mnie i szepnął: ?Dlaczego ci księża tak się zachowują? Powiedz im, że prymas jeszcze nie pobił żadnego kapłana, a w Andrzejewie, sama radość mego przebywania”. Jego twarz przybrała odświętny i nobliwy wygląd. Gdy skończyłem ten dyskretny przekaz, duchowni się rozładowali. I tak już zostało do końca. Jak się okazało, było to ostatnie homagium złożone przez Prymasa umiłowanej Mamie przy jej mogile. Odtąd nieustannie ja, parafianie z Andrzejewa i coraz liczniej przybywający tu pielgrzymi, przynoszą śp. Juliannie Wyszyńskiej kwiaty i modlą się, prosząc o przyczynę Matkę Prymasa. A od 1981 roku także Jej umiłowanego syna Stefana, który będzie wyniesiony na ołtarze 7 czerwca 2020 roku w Warszawie.”

 

Please reload

© 2015 by "This Just In". Proudly created with Wix.com