Ksiądz Wyszyński

Kardynał Wyszyński podczas kazania wygłoszonego w Łomży 6. VIII 1966 roku mówił:


Ziemia ta już bardzo wcześnie została ogarnięta miłującymi ramionami Kościoła i dochowuje wierności Bogu, Krzyżowi i Ewangelii, z tak przedziwną stałością i zapałem, iż można o niej w całej Polsce mówić jako o ziemi najbardziej religijnie żywej i gorliwej w modlitwie i wierności. Wiem, co mówię, bo sam tego doświadczyłem, żyjąc jako młody chłopiec w swojej rodzinnej parafii Zuzeli i jedząc chleb w Andrzejewie, a przez dwa lata w czasie pierwszej wojny światowej ucząc się w gimnazjum łomżyńskim. Stąd poszedłem do Niższego Seminarium Duchownego we Włocławku.


W okresie wakacyjnym 1917 r. Stefan Wyszyński przebywał w Andrzejewie. Spędzał ten czas z rodziną i przyjaciółmi. Dzień zaczynał od porannej Mszy świętej i posługi ministranckiej. Były to bardzo ważne wakacje w życiu rodziny Wyszyńskich, a jak się później okazało także całej rzeszy Polaków. W tym czasie młody uczeń łomżyńskiej uczelni podjął decyzję o przyszłej, kapłańskiej drodze życia. Drodze, o której marzył od zawsze. W podjętej decyzji utwierdził Go zapewne bliski rodzinie ks. Bolesław Penkala z Olszewa. To właśnie ks. Penkali, prawdopodobnie jako pierwszemu zwierzył się, że podjął ostateczną decyzję - chce zostać księdzem. Zapewne spędzał też czas w towarzystwie innych kapłanów, których w parafii nie brakowało, a którzy świetnie znali rodzinę Wyszyńskich. To powołanie kształtowało się w młodym Stefanie podczas codziennego życia w Andrzejewie i późniejszych lat spędzonych w Łomży. O swoich zamiarach powiadomił ojca, a później proboszcza andrzejewskiej parafii ks. kan. Pawła Rozpędowskiego. Myśl o wyborze drogi życia była przemyślana i, jak sam Stefan stwierdził „nieodwołalna”. Był bardzo pewny swojego powołania. Stanisław Wyszyński zapamiętał te chwile tak:


Wyszyński, Prymas, Andrzejewo,
Kościół parafialny w Andrzejewie

Idą cztery lata, znowu wakacje. Od małego pobożny, Stefan swym trybem ministrantuje, wczasuje skąpo, krąży zadumany. Pewnego dnia staje przed ojcem.

- „Trzeba mnie, tatusiu, szykować do seminarium duchownego”.

- Do seminarium? Czyś ty się, chłopaczku zastanowił? Czy wiesz, co to jest seminarium?

- „Tatusiu, wiem. Moje postanowienie jest nieodwołalne”


Ojciec nie był przekonany co do postanowienia syna. Podobnie Eugenia Wyszyńska, która zastępowała mu biologiczną matkę. Nie dali się jednak długo błagać o błogosławieństwo. Jeszcze w sierpniu zakupili w Ostrowi Mazowieckiej materiał na sutannę. Wybór padł na Włocławskie Seminarium Duchowne. Nie był oczywisty, ze względu na fakt, że Andrzejewo należało wówczas administracyjnie do diecezji płockiej. Zapewne na wybór tego konkretnego seminarium miał wpływ fakt, że przebywali tam znajomi księża z andrzejewskiej parafii. Do seminarium młody Stefan Wyszyński wyruszył z księdzem Leonardem Załuską. W długą drogę do Włocławka wyruszyli zaprzęgiem konnym powożonym przez ojca ks. B. Penkali.


Stanisław Wyszyński:


Spieszył do seminarium młodziusieńki Stefan z Leonardem Załuską, w konika, przez Ostrów Mazowiecką, na Płock, do Włocławka. Do seminarium wstąpił nierychło: musiał najprzód przesiedzieć przez dwa lata w liceum przygotowawczym. Nauka w seminarium trwała lat sześć.


Włocławek, Wyszyński, Andrzejewo,
Budynek seminaryjny we Włocławku

Liceum im. Piusa X, do którego wstąpił Stefan Wyszyński pełniło funkcję niższego seminarium duchownego. Zawołaniem szkoły były słowa: „Vita sine litteris mors est” (Życie bez nauki jest śmiercią). Dyrektorem uczelni był ks. Antoni Bogdański. W tym samym budynku mieściło się Seminarium Duchowne. Stefan Wyszyński zapewne świetnie rozumiał się z księdzem prof. Bogdańskim. Ten nie tylko był wykładowcą licealnym, ale także – podobnie jak Stefan – harcerzem. Ba! Ks. harcmistrz Antoni Bogdański był pierwszym Naczelnym Kapelanem Związku Harcerstwa Polskiego i instruktorem harcerskim. Obaj byli polskimi patriotami, a los związał ich na całe życie. Wyszyński, już jako ksiądz odwiedzał swojego mentora w czasie ciężkiej choroby. Darzył go ogromnym szacunkiem. Ks. Bogdański zmarł w Skulsku w roku 1938 i tam został pogrzebany. W 1927 roku wydana została jego książka, pt. „Harcerstwo jako czynnik odrodzenia katolickiego i narodowego”. Odznaczony m. in. Złotym Krzyżem Zasługi i harcerskim Krzyżem Niezłomnych. Nie ma wątpliwości, że to właśnie ks. Bogdański miał ogromny wpływ na ukształtowanie charakteru przyszłego Prymasa Tysiąclecia. Prymas Wyszyński w 1961 roku potwierdził to słowami:


Jestem kapłanem, który wyrósł pod skrzydłami Świętej Matki Kościoła Włocławskiego, który swego ducha wypielęgnował w Katedrze Włocławskiej, który wziął wychowanie kapłańskie od doświadczonych profesorów i wychowawców tego Seminarium.


Księdza Antoniego Stefan Wyszyński wspominał słowami:


Kapłan ten był ciężko chory na gruźlicę, a jego stan przykuwał go na całe tygodnie do łóżka. Któregoś dnia wszedł do sali, gdzie było 18 uczniów. Wątły, blady, z teczką skryptu. Błyszczały mu oczy od gorączki gruźliczej. Stokroć jaśniej promieniowała Jego dusza”.


Przy okazji 400-lecia seminarium włocławskiego Prymas Wyszyński mówił o księdzu Bogdańskim:


Byliśmy zbyt młodzi, by dobrze rozeznać duchowość tego człowieka. Wielką tajemnicą Bożą była jego niezwykła pogoda i uśmiech wśród cierpień, które go nigdy nie opuszczały. Choroba nie miała wpływu na przyhamowanie jego pracowitości i zapału apostolskiego.


Prymas Wyszyński odwiedził umierającego profesora kilka dni przed zgonem. Było to bardzo ważne spotkanie, które wywarło ogromny wpływ na Jego osobę. Wspominał:


Rozmowa, którą wtedy przeprowadziliśmy, krótka i zwięzła wstrząsnęła mną do żywego. Czytał po prostu w moim przyszłym życiu. Wszystko, co mnie spotyka dziś, przepowiedział mi. Skąd wiedział, to była jego tajemnica, bo jeszcze się na to absolutnie nie zanosiło, ani w myślach, ani w pragnieniach, ani w planach Kościoła Chrystusowego.


Oprócz ks. hm. Antoniego Bogdańskiego wzorem dla młodego Stefana był również ks. Bronisław Ostrzycki, którego Wyszyński uważał za człowieka świętego, a także wielu innych wychowawców, których bardzo cenił. Bardzo dobrze wspominał również biskupa Stanisława Zdzitowieckiego:


Całe moje życie kapłańskie na terenie diecezji upływało w głębokim szacunku do moich zwierzchników duchowych. Gdy nieraz badam swoje sumienie, nie przypominam sobie ani jednej myśli, ani jednego słowa, które byłoby skierowane, chociażby najbardziej wewnętrznie, przeciwko memu Biskupowi czy moim zwierzchnikom. Tego mnie nauczył sędziwy Biskup Zdzitowiecki, który był Mężem Bożym, Mężem Kościoła Chrystusowego.


Następcą bpa Zdzitowieckiego był bp Władysław Krynicki, którego Prymas Wyszyński wspominał słowami:


Kiedyś w czasie ferii zimowych, które spędzaliśmy tutaj, w seminarium, wybraliśmy się do ks. rektora Krynickiego z prośbą, żeby nas puścił do miasta. Pyta mojego kolegę: Po co chcesz iść do miasta? – Oprawić książkę. – Tak czytaj książkę, żebyś nie musiał jej oprawiać. A ty po co chcesz iść do miasta? – pyta mnie. – Kupić książkę. – A ty już przeczytałeś wszystkie książki, które są w bibliotece? – Jeszcze nie (było ich ok. sto tysięcy). – Jak wszystkie przeczytasz, to przyjdź, wtedy cię puszczę do miasta. Ostatecznie – pozostałem, by czytać te książki i do dziś dnia wszystkich nie przeczytałem.


Łomża, Wyszyński,
Przed Katedrą św. Michała Archanioła w Łomży

Ponieważ do stanu edukacji zaliczono Wyszyńskiemu pięć lat szkoły łomżyńskiej, został od razu przyjęty do drugiej klasy w Liceum im. Piusa X. Był wówczas jednym ze 127. kleryków na tej uczelni.


W listopadzie (1916 r.) zmarł jeden z największych polskich poetów – Henryk Sienkiewicz. W intencji zmarłego w katedrze wrocławskiej odbyła się rocznicowa Msza św. celebrowana przez ks. Cezarego Pęcherskiego. Wziął w niej udział także przyszły Prymas Polski. Znał i cenił twórczość Sienkiewicza, podobnie jak wielu rodaków w okupowanej Ojczyźnie i poza Jej granicami. Wśród plejady wielkich imion, któremi szczycą się dzieje literatury naszej w końcu ubiegłego i na początku obecnego stulecia – pisano w „Opracowaniu krytycznym z literatury polskiej” w 1924 r. – jak gwiazda pierwszorzędnej wielkości błyszczy nazwisko wielkiego pisarza Henryka Sienkiewicza.


W 1918 roku Polska odzyskała wymodloną niepodległość. Tym razem Stefan na wakacje nie przyjechał do Andrzejewa. Jego ojciec Stanisław przeprowadził się do Wrociszewa i tam udał się w maju 1918 roku Stefan. Do Włocławka powrócił w sierpniu, aby kontynuować naukę w kolejnej klasie licealnej (Niższe Seminarium Duchowne). Pod koniec września włocławskie seminarium wizytował Achilles Ratti, przyszły Papież i wielki przyjaciel Polaków. Był pod wielkim wrażeniem poziomu nauczania i charyzmy kleryków. W swojej mowie stwierdził, że Polskę czekają dni świetności. Co w kontekście bliskiego odzyskania niepodległości było bardzo dobrą „wróżbą”.


Dzień 11. listopada wyznaczony został jako wielkie święto niepodległości. Polska po ponad 100. latach okupacji odzyskała niepodległość. Świętowano także w katedrze włocławskiej, gdzie w dziękczynnym nabożeństwie uczestniczył także Stefan Wyszyński.


Święta Bożego Narodzenia to okres niezbyt wesoły. Przyjeżdżając do Wrociszewa Stefan odwiedził także grób zmarłego na zapalenie mózgu młodszego brata Wacława.


Po zdaniu matury Stefan Wyszyński, nie rezygnując z drogi kapłańskiej wstąpił do Wyższego Seminarium Duchownego. Był to rok bardzo ważny w życiu młodego kleryka. Bolszewicy pędzili, aby „po trupie białej Polski” podbić Europę, a później cały świat. Był to też rok Maryi, której tak bardzo ufał. Rok cudu nad Wisłą i bohaterskiej śmierci ks. Skorupki. Czas, kiedy kapłani własną krwią świadczyli o przywiązaniu do ziemi polskiej. Był to także czas próby i dylematów. Wielu księży, czy kleryków wstępowało w szeregi wojska i ruszało na front wojny polsko-bolszewickiej. Stefan bił się z myślami: co robić? Oto słowa kapelana Prymasa ks. Bronisława Piaseckiego:


Gdy w 1920 roku toczyła się wojna z bolszewikami, wielu seminarzystów z całego kraju zgłosiło się na ochotnika na front. To był odruch tak powszechny, że w niektórych diecezjach nawet jedna trzecia alumnów zaciągnęła się do wojska. Z biskupami klerycy z reguły umawiali się tak, że po wojnie wrócą do seminarium. Ale – wiadomo - jedni polegli, inni pozostali w życiu świeckim. Wyszyński też zmagał się z dylematem: bić się za Polskę czy zostać w seminarium? Postanowił zostać w seminarium, ale o wojnie nie zapomniał. Odwiedzał mieszkańców Włocławka, ostrzegał przed bolszewikami, organizował modlitwy za Ojczyznę i walczących. W obronie Polski walczył w inny sposób.


Plakat propagandowy z okresu wojny

Warunki życia w seminarium były spartańskie. Często brakowało jedzenia, a stan sanitarny wielce odbiegał od pożądanego. W rezultacie wielu towarzyszy Wyszyńskiego chorowało, a zdarzały się też wypadki śmierci. Życie nie rozpieszczało również przyszłego Prymasa. Bywało, że przyjeżdżał do domu z odmrożonymi rękami, o co nie trudno było w nieogrzewanych pomieszczeniach seminaryjnych. O mały włos nie doczekałby święceń kapłańskich. Zachorował na gruźlicę i otarł się o śmierć. Nie pierwszy i, jak się miało później okazać nie ostatni raz w życiu.


W czerwcu 1924 roku, na tydzień przed święceniami Stefan Wyszyński trafił do szpitala. Zachorował na tyfus, do którego dołączyło zapalenie płuc. Nie dawano Mu większych szans na przeżycie. W jego sercu było tylko jedno pragnienie. Odprawić chociaż jedną Mszę świętą. O to błagał Matkę Bożą przed Jej obrazem w Licheniu, gdzie został wysłany na rekonwalescencję po opuszczenia szpitala. Wyszyński wyzdrowiał, w czym upatrywał wymodlonego w Licheniu cudu. W przyszłości, w ramach podziękowania Matce Najświętszej podarował sanktuarium licheńskiemu dzwon i koronował Obraz Matki Bożej w Licheniu.


Był zdrowy na tyle, że pozwolono mu zostać księdzem. 29 czerwca 1924 roku, kiedy koledzy z seminarium przyjmowali święcenia, ledwie żywego Wyszyńskiego z nimi nie było. Uroczysty, tak długo wyczekiwany dzień miał charakter kameralny. Trzeciego sierpnia, tuż przed święceniami szczery do bólu zakrystian powiedział Stefanowi: „z takim zdrowiem to raczej chyba trzeba iść na cmentarz, a nie do święceń”. Wyszyńskiego to jednak nie zraziło. Były to raczej słowa niedowiarka, który zapomniał, że „dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych”.


Święceń kapłańskich udzielił Stefanowi Wyszyńskiemu biskup Wojciech Owczarek, który był równie schorowany jak Ten, który miał być wyświęcony. Po latach (IX 1974 r.) Prymas Wyszyński wspominał, że biskup ledwie stał na nogach:


Byłem święcony przez chorego, ledwo trzymającego się na nogach bp. Wojciecha Owczarka. Ale i ja czułem się niewiele lepiej. Podczas Litanii do Wszystkich Świętych, spoczywając na posadzce, lękałem się chwili, gdy trzeba będzie wstać. Czy zdołam utrzymać się na nogach? Taki był stan mojego zdrowia.

Ale Biskup Stanisław pozwolił mnie wyświęcić. I ja pragnąłem, po licznych trudnościach i przeciwnościach, skończyć w swoim życiu okres przygotowania do kapłaństwa, więc podźwignąłem się z choroby. Pragnieniem moim było, aby móc w życiu przynajmniej kilka Mszy świętych odprawić. Bóg jednak dodał do tych lat wiele jeszcze innych, nieprzewidzianych, i On wyznaczył czas. Przez to zobowiązał się poniekąd do tego, że gdy zażąda od człowieka służby kapłańskiej, będzie go potem w niej wspierał.

Od tamtej chwili czuję, że ciągnę nie swoimi siłami, tylko mocami Bożymi, dlatego niczego nie mogę przypisywać sobie, nie mogę zbyt dużo mówić o moim kapłaństwie, o tym, co miało miejsce w moim życiu, bo byłem tylko uległy Bogu. Apostoł usłyszał: "Wystarczy ci łaska Boża, albowiem moc udoskonala się w słabości" (por. 2 Kor 12, 9). I za nim można powtórzyć nieco żenujące słuchaczy słowa: "Bóg wybrał właśnie to, co głupie w oczach świata, aby zawstydzić mędrców, wybrał, co niemocne, aby mocnych poniżyć" (1 Kor 1, 27). Wielu kapłanów doświadcza na sobie takiego stanu duchowego i ja do tego się przyznaję. Biskup Wojciech, który włożył na mnie swoje ręce, był niejako osobiście zainteresowany moim życiem. Nieraz dopytywał się, gdy byłem na studiach za granicą - czy wytrzymuję ze zdrowiem. I dodawał: Przecież to ja księdza wyświęciłem. On był przyczyną instrumentalną wszystkiego, co miało miejsce w moim życiu później. Kiedyś mi powiedział, że specjalnie modlił się o to, aby wesprzeć człowieka, który według ludzkich ocen nie za bardzo nadawał się do dźwigania ciężaru kapłaństwa. Nieraz odwołuję się do niego, wierząc mocno, że jest on wśród przyjaciół Bożych i że jego przyczynie zawdzięczam wiele.

Gdy miano mi udzielić święceń, zastanawiano się, gdzie one mają być: w prezbiterium katedry czy w kaplicy prywatnej biskupa? Zdecydowano, że w kaplicy Matki Bożej w katedrze włocławskiej. Byłem wdzięczny ludziom, którzy podjęli tę decyzję, za taki właśnie wybór. To mi dodawało otuchy. Skoro wyświęcono mnie na oczach Matki, która patrzyła na Mękę swojego Syna na Kalwarii, to już Ona zatroszczy się, aby reszta zgodna była z planem Bożym.

Z pierwszą Mszą św. pojechałem na Jasną Górę i tam ją odprawiłem w dniu Matki Bożej Śnieżnej, 5 sierpnia 1924 r. Pojechałem na Jasną Górę, aby mieć Matkę, aby stanęła przy każdej mojej Mszy św., jak stanęła przy Chrystusie na Kalwarii.


Msza św. w Andrzejewie

Prawdziwą męką była moja pierwsza Msza św. Ale przecież Msza nigdy nie jest rzeczą łatwą, zawsze jest jakąś męką, bo jest uczestnictwem w Męce Chrystusa. I do dziś dnia odprawianie Mszy jest dla mnie niezwykle trudne. Nie dla braku sił, ale z lęku, czy wszystko jest uczynione tak, jak powinno być uczynione - aby można było spokojnie powiedzieć jak Chrystus na Kalwarii: "Wykonało się" - czy wszystko naprawdę oddane jest w ręce Ojca.

Przez dłuższy czas każdego dnia wydawało mi się, że odprawiam ostatnią Mszę św. w moim życiu. Ale tych ostatnich Mszy było bardzo dużo - aż do dziś. Dziś już tak nie myślę, trochę się człowiek rozzuchwalił, upewnił w swojej drodze. Ale chciałbym mieć to usposobienie nadal, abym naprawdę wierzył, że co dzień trzeba sprawować Najświętszą Ofiarę tak, jak gdyby naprawdę była ostatnią.

Zachowuję we wdzięcznej pamięci bp. Owczarka, który wziął na siebie odpowiedzialność za mnie. Pamiętam również ks. Stefana Petrykowskiego, notariusza Kurii Włocławskiej, który był podczas moich święceń współcelebransem i miał za zadanie wspierać biskupa i mnie. Wspominam z wdzięcznością jedynego kolegę, który był obecny w czasie moich święceń - ks. Józefa Dunaja i siostrę moją, która wówczas mi towarzyszyła. Pamiętam także o czcigodnym zakrystianie, panu Radomskim.

Wszystkich wspominam z wdzięcznością, bo wszyscy byli wyrozumiali dla mnie i poniekąd brali na siebie odpowiedzialność za to, co będzie później. A ja tylko o jedno się starałem, aby nie uczynić zawodu Chrystusowi - który przynaglał, Jego Matce, w obliczu której się to działo, i biskupowi - który brał za mnie odpowiedzialność.


Nie zapomniał Prymas Tysiąclecia o ks. Bogdańskim i swego rodzaju przepowiedni, którą schorowany kapłan wypowiedział do swoich uczniów na włocławskiej uczelni:


Pamiętam, że ksiądz Bogdański, mocno już zgorączkowany, prowadził w roku 1919 wykład z liturgii teologicznej dla nas alumnów z klasy siódmej (...) Powiedział do nas tak: Przyjdą czasy, w których będą wam, tu obecnym, wbijać gwoździe w tonsury (...). Ja zapamiętałem te słowa i później kolegom swoim je przypominałem. Czy sprawdziły się one? Może nie w takiej formie, jak to widział nasz profesor, lecz niekiedy w znacznie drastyczniejszej i bardziej napełnionej udręką. Z szesnastu, którzy byli przeznaczeni do święceń kapłańskich w roku 1924, pozostało nas tylko dwóch. Trzynastu Bóg powołał do obozu w Dachau. Powróciło tylko czterech, pozostali ponieśli męczeńską śmierć w obozie. Z tych, którzy wrócili, trzech było "królikami doświadczalnymi". Dokonywano na nich ciężkich przeszczepów. Ponadto dwóch z naszego kursu przeszło przez więzienia współczesne. Myślę, że w nadmiarze spełniła się wizja naszego profesora z roku 1919. W młodzieńczym swoim zapale myśleliśmy, że możemy pić kielich, który przygotował nam Chrystus. Ale nie wyobrażaliśmy sobie, jak wiele trzeba ucierpieć dla Imienia Chrystusowego.


Wspominając ludzi, którzy wywarli wpływ na życie Prymasa Stefana Wyszyńskiego nie sposób nie wspomnieć również o ks. Władysławie Korniłowiczu, z którym zetknął się Wyszyński we Włocławku. Prymas zawsze podkreślał, że temu kapłanowi zawdzięczał bardzo dużo.


Prymas Wyszyński w Andrzejewie

Prymas Stefan Wyszyński:


Wśród kapłanów, którym przypisuję największy wpływ na moje życie, w pierwszym rzędzie znajduje się ksiądz Władysław Korniłowicz, jeden z twórców dzieła dla niewidomych w Laskach, najbliższy współpracownik i duchowy kierownik Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek. (…) Księdza Korniłowicza widziałem po raz pierwszy w latach 1920 -1921. Przebywającego czasowo w garnizonie wojskowym we Włocławku - zaproszono do wygłoszenia szeregu wykładów liturgicznych dla alumnów Wyższego Seminarium Duchownego. Do wielkiej auli teologicznej wszedł zdecydowanym krokiem, rzucił uśmiech na powitanie, cisnął na stół czapkę i płaszcz żołnierski, które zsunęły się na ziemię, roztargnionym ruchem siadł na zabytkowej katedrze i rozpoczął wspaniały wykład. W tym wejściu był cały styl człowieka; takim pozostał do końca życia. Tylko myśli wykładu zdradzały głęboką treść życia tego człowieka. W detalach życiowych nieudany, jak świątek góralski, lecz w całości życia zwarty, indywidualnie wyrazisty, mocny, w sprawach Bożych pewny i niemal bezwzględny; w osobistych sprawach doczesnych nieuważny, niemal beztroski, ustępliwy.


1. września 1924 r. Stefan Wyszyński zajął się obowiązkami wikariusza włocławskiej parafii katedralnej. Zapisał sobie osobisty dekalog postanowień, który nosił ze sobą w brewiarzu. Oto one:


1. Mów mało – żyj bez hałasu – cisza.

2. Czyń wiele, lecz bez gorączki, spokojnie.

3. Pracuj systematycznie.

4. Unikaj marzycielstwa – nie myśl o przyszłości, to rzecz Boga.

5. Nie trać czasu, gdyż on do ciebie nie należy; życie jest celowe, a więc i każda w nim chwila.

6. We wszystkim wzbudzaj dobre intencje.

7. Módl się często wśród pracy – sineme nihil potestis facere [beze Mnie nic nie możecie uczynić]

8. Szanuj każdego, gdyż jesteś odeń gorszy: Bóg pysznym się sprzeciwia.

9. Omni custodia custodi cor tuum quia ex ipso vita procedit. [wszelką mocą strzeż swego serca, ponieważ z niego wypływa życie]

10. Misericordias Dei in aeternum cantabo. [na wieki będę opiewał łaski Pana].


Ewa K. Czaczkowska:


O tym, że zostanie księdzem, Wyszyński wiedział właściwie od zawsze. Od momentu gdy mógł to uchwycić świadomą myślą. Jako dziecko miał związane z tym sny – śniło mu się, że ożeniono go i z tego powodu strasznie płakał, bo myślał, że nie będzie już mógł zostać księdzem – i zabawy. Lubił przesiadywać w konfesjonale i „spowiadać” kolegów oraz chodzić pod baldachimem w procesji. Wiedział dobrze, jak to się robi, bo jako syn organisty mieszkającego obok kościoła bywał tam częściej niż inne wiejskie dzieci. Od piątego roku życia był już ministrantem. Przyszłość Stefana jako kapłana widziała także jego matka. Wyszyński po latach wspominał, że kiedyś – tuż przed śmiercią – matka zwróciła się do dziewięcioletniego syna ze słowami: „Stefan, ubieraj się”. Ponieważ była jesień, koniec października, zrozumiałem, że mam gdzieś iść. Włożyłem palto. Spojrzała na mnie i powiedziała: „Ubieraj się, ale nie tak, inaczej się ubieraj”. Po latach syn zrozumiał, a od razu pojął ojciec, że matce chodziło o strój kapłański.


Prymas, Wyszyński, Andrzejewo,
Konfesjonał w Andrzejewie


 


Źródła:

- „Życie, twórczość i posługa Prymasa Tysiąclecia”, Marian P. Romaniuk

- „Kardynał Wyszyński. Biografia”, Ewa K. Czaczkowska

- „Prymas Tysiąclecia nieznany”, ks. Bronisław Piasecki, Marek Zając

- „Kardynał Stefan Wyszyński. Prymas Polski”, Milena Kindziuk

- „Życiorys Kardynała Stefana Wyszyńskiego Prymasa Polski”, A. F. Dziuba, M. Kreczmański

- „Droga na ołtarze, życie, dzieło, świadectwa”, M. Pabis, I. Kozłowska

- „Opatrznościowy pasterz. Drogi życia Kardynała Stefana Wyszyńskiego”, S. Przepierski OP

- „Prymas Wyszyński w służbie Boga, człowieka i narodu”, Janusz Kotański

- „Wspomnienia o Stefanie kardynale Wyszyńskim”, pod red. A. Rastawickiej i ks. B. Piaseckiego

- „Prymas Wyszyński. Ojciec Ojczyzny”, Czesław Ryszka

- „Studia Włocławskie” nr 4/2001 r. (bp Roman Andrzejewski)

- „Opracowanie krytyczne literatury polskiej. „Bez dogmatu” Henryka Sienkiewicza”, MM

- Kalendarz okolicznościowy ks. R. Ambroziaka