Książki, których nie polecam



Ciągle piszą, drukują, drukują… Powstaje całe mnóstwo wartościowych oraz tych mniej wartościowych, albo wręcz szkodliwych publikacji. Tym razem nie będę polecał, ale postaram się naświetlić kilka publikacji książkowych, których zdecydowanie nie polecam, a które uważam za bardzo szkodliwe. Książki, które nie tylko wprowadzają zamieszanie, ale wręcz zakłamują historię.


Szereg wartościowych, wydanych w pięknej oprawie i niedrogich wydawnictw wychodzi z Instytutu Pamięci Narodowej. Niestety IPN firmuje również takie książki, których w mojej opinii nie powinien.


IPN – Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu wydała np. publikację sfinansowaną z projektu dotyczącego badań nad terrorem okupacyjnym na ziemiach polskich w latach 1939-1945. Tytuł pięknie wydanej książki brzmi: „Bitewnym szlakiem września 1939 roku. Polskie bitwy i boje w obronie Rzeczypospolitej”. Autorzy: Tomasz Głowiński, Rafał Igielski, Mieczysław Lebel. Recenzentami byli: dr Jerzy Kirszak, dr Arkadiusz Tuliński.


Na temat bitwy pod Andrzejewem napisano tam:


O 14.30 wyszło następne polskie natarcie, po raz kolejny odparte z ciężkimi stratami. Jednocześnie zaznaczył się silny nacisk od północy i zachodu. Pułkownik Hertel wieczorem tego dnia utworzył z mogących jeszcze walczyć żołnierzy tzw. taran uderzeniowy – 500-osobowy oddział z 2 działami ppanc, nazwany „kolumną śmierci”. Miał on ostatecznie przełamać pierścień zaciskającego się okrążenia. W nocy grupa uderzeniowa natrafiła jednak na bardzo silny ogień od strony cmentarza żydowskiego w Andrzejewie i została zepchnięta z powrotem do Łętownicy. W walce tej poległ pułkownik Hertel. O 5.00 rano 13 września podpułkownik Witold Sztark skapitulował. Około tysiącowi żołnierzy udało się przebić z okrążenia. Niemcy pojmali około 7000 jeńców i 30 armat, tracąc przy tym 100 zabitych. Nocą z 13 na 14 września w Zambrowie najeźdźcy wymordowali ponad 200 jeńców z 18 DP.


O tym, czy ppłk Witold Sztark skapitulował niech się wypowie sam podpułkownik:


Kapitulacji nie było, nikt jej nie zgłaszał i nie podpisywał, gdyż byłoby to złamaniem rozkazu dowódcy dywizji i obrazą pamięci tysiąca poległych naszej dywizji. Nikt z dowódców pułków (poza mną ciężko kontuzjowanym) nie dostał się do niewoli, ani szef sztabu dywizji płk dypl. Kazimierz Pluta-Czachowski, ani też żaden zdolny do walki zwarty oddział.


To oczywiście za mało, żeby dotarło do Instytutu Pamięci Narodowej i szeregu publicystów, którzy powielają informacje o kapitulacji 18. Dywizji Piechoty przez dziesięciolecia. Może więc jeszcze jedno, obszerniejsze oświadczenie ppłk Sztarka z 4 kwietnia 1970 roku:


Wskutek nasilających się od 50-ciu przeszło godzin zawrotów i bardzo silnych bólów głowy w nocy 12 września nie byłem zdolny do działań bojowych i dlatego zostałem przy ciężko rannym płk. dypl. Kosseckim w Łętownicy. Lekarz 71 p.p. oświadczył mi, że został z rannymi z rozkazu płk. Hertla w Łętownicy, że na punkcie opatrunkowym znajduje się chory komendant kwatery głównej Sztabu Dywizji mjr Edward Szmoniewski. Ma on polecenie zwrócić się do Niemców, aby umożliwili zabranie z pola walki rannych, udzielili im pomocy i pozwolili pogrzebać poległych.

Na punkcie opatrunkowym w Łętownicy, na polach okolicznych było b. wielu rannych. Będąc najstarszym stopniem uważałem za swój obowiązek wystąpić do Niemców o pomoc dla rannych. Dlatego nie mjr Szmoniewski, lecz ja wysłałem o świcie 13 września dwóch podoficerów (chor. i plut. znających język niemiecki, którzy zawiadomili Niemców, że na polu walki zostali tylko ciężko ranni i proszę o udzielenie im pomocy). Aby nie strzelano do mych wysłanników musieli użyć białej płachty.

O tych zarządzeniach zameldowałem d-cy dywizji, który widząc mnie zmartwionego, gdym schylił się nad jego noszami, wziął mnie za rękę swoją jedyną ręką i rzekł te znamienne słowa: ,,Nie rozpaczajcie, byliście dobrymi żołnierzami. Wódz Naczelny rozkazał wytrwać do dziesiątego, a wy wytrzymaliście do trzynastego”.


Informacja o rzekomej kapitulacji powielana jest w wielu publikacjach, a kombatanci z 18. DP upominali się o prawdę do końca swoich dni. Słowa o „kapitulacji” nadal są „obrazą pamięci tysiąca poległych”, do tego pod auspicjami IPN.


Inną publikacją, również sygnowaną przez IPN (dr Mariusz Brechta) oraz dr hab. Dariusza Magiera (Uniwersytet Przyrodniczo-Humanistyczny w Siedlcach), jest praca zbiorowa pod red. Artura Ziontka. Wydawcą książki był Miejsko-Gminny Ośrodek Kultury w Kosowie Lackim. Tytuł: „Wojna obronna 1939 roku na Mazowszu i Podlasiu. Ludzie – Postawy – Konsekwencje”. Jednym z autorów książki jest Norbert Dariusz Tomaszewski z Muzeum Rolnictwa im. ks. Krzysztofa Kluka w Ciechanowcu, który spłodził tekst zatytułowany „Czyżew i okolice w czasie wojny obronnej 1939 roku”. Fajnie, że takie książki się ukazują, że ludzie chcą coś robić i przekazywać wiedzę kolejnym pokoleniom, ale to nie może wyglądać w ten sposób, że drukujemy rzeczy historycznie nieprawdziwe. Poniżej fragment dotyczący bitwy pod Andrzejewem:


Wojska polskie wykonały kontratak, w wyniku którego oddziały niemieckie wyszły z Zambrowa i Czyżewa w kierunku Andrzejewa. Tam miała miejsce decydująca bitwa, w której Polacy ponieśli duże straty. Pod Andrzejewem zginął dowódca piechoty dywizyjnej płk A. Hertel, a dowódca dywizji płk S. Kossecki zmarł z ran. Rannych lokowano w budynkach szkolnych i kościołach zamienionych czasowo na szpitale polowe.


Otóż pułkownik dyplomowany Stefan Kossecki nie zmarł z ran. Owszem, był ciężko ranny, ale został przewieziony do szpitala polowego, a potem był opatrzony przez Niemców. Później był operowany i przekazany Sowietom. W Białostockim szpitalu leżał razem ze Stanisławem Ościłowskim z Andrzejewa. O zgrozo, autor tekstu cytuje Ościłowskiego (pomylone jest imię) za artykułem z gazetki TRZA („Nasza Gmina Andrzejewo”) pt. „Bitwa pod Andrzejewem”, a w tym samym artykule wyraźnie napisane jest, że płk. Kossecki przeżył:


W szpitalu ogólnym w Białymstoku płk. Kosseckiego rozpoznał kolega z wojska carskiego. Zaproponował mu przejście na swoją stronę, jednak ten nie zgodził się. Kiedy płk. wyzdrowiał, nocą, przy pomocy personelu i towarzyszy broni, przeprawił się przez Bug. Od kolejarza z budki kolejarskiej na trasie Białystok – Małkinia otrzymał adres punktu kontaktowego, z którego miał się dostać do Warszawy. Do stolicy nie dotarł. Prawdopodobnie przez cały czas pobytu w szpitalu, oraz przez całą drogę, aż do punktu przerzutowego był śledzony. Stąd został zabrany przez NKWD do Brześcia. Tu ślad po płk. Kosseckim się urywa. Prawdopodobnie został zamordowany w Katyniu.


Mając sprzeczne informacje z przynajmniej dwóch źródeł powinno się szukać prawdy w kolejnym. Autor niestety nie zadał sobie tego trudu. Od publikacji pierwszego numeru gazetki Towarzystwa Rozwoju Ziemi Andrzejewskiej minęło wiele lat, ale w tej kwestii wiele się nie zmieniło. Pułkownik (pośmiertnie generał) Kossecki ma w Andrzejewie mogiłę symboliczną, a miejscem jego pochówku prawdopodobnie jest teren dzisiejszej Białorusi. Tymi, którzy zabili płk. Kosseckiego nie są Niemcy, tylko Sowieci – zapewne siepacze z NKWD.


Nieprawdziwa jest także informacja, że w Dmochach-Wochach „znajduje się bezimienna mogiła pięciu żołnierzy polskich, zabitych lub zmarłych od odniesionych ran w czasie walk z Niemcami”. Tutaj autor również ma dostęp do źródeł, ale nie potrafi z nich skorzystać.


W 2018 roku w Dmochach-Wochach miała miejsce ekshumacja, podczas której podniesiono spoczywające tam szczątki. Żołnierzy było dwóch. Razem z nimi pochowani byli Niemcy, których później, jeszcze podczas wojny zabrano. Faktycznie, w przekazach miejscowych była mowa o pięciu osobach, ale ekshumacja rozwiała wątpliwości w tej sprawie. Ku uciesze rodziny jednym z polskich żołnierzy był kapitan Władysław Dąbrowski II. Drugi z ekshumowanych żołnierzy został zidentyfikowany w późniejszym czasie, dzięki staraniom m.in. Jarosława Strenkowskiego z Zambrowa. Tak więc mogiła właściwie już nie istnieje, żołnierzy polskich nie było pięciu i nie do końca była bezimienna. Rodzina Godlewskich, która opiekowała się miejscem pochówku zapamiętała nazwiska, co było bezpośrednim impulsem do podjęcia udanej próby ekshumacji.


Z pierwszego numeru gazetki Towarzystwa Rozwoju Ziemi Andrzejewskiej (TRZA) korzystał również, przy pisaniu swojej książki dr Czesław Witkowski. Książka, którą mam na myśli dotyczy 71. Pułku Piechoty z Zambrowa, który wykrwawił się w 1939 r. na polach Andrzejewa i Łętownicy. Jej tytuł brzmi: „71 Pułk Piechoty w latach 1918-1939”. Kontrowersje budzi już sama okładka książki, na której znajduje się zdjęcie niezwiązane z 71. Pułkiem Piechoty.


Czesław Witkowski:


Przełamanie frontu przez wojska niemieckie pod Różanem zagroziło m. in. tyłom 18 DP. Jednakże przeciwnatarcie wykonane siłami 41 i 33 DP nie dało oczekiwanych rezultatów. Już w nocy 5 września żołnierze nieprzyjaciela, z dywizji gen. mjr. Waltera Kempfa, sforsowali w wielu miejscach rzekę Narew.


Przeciwnatarcie, o którym pisze dr. Witkowski nie mogło dać „oczekiwanych rezultatów” ponieważ go nie było. Tak przynajmniej twierdził pułkownik dyplomowany Tadeusz Zieleniewski w swoich wspomnieniach. Kontratak był planowany, ale nie doszedł do skutku. Przyczyn było wiele, między innymi brak jednolitego dowództwa na tym odcinku, co wprowadzało zamęt na linii frontu.


Jeszcze gorzej jest przy opisie działań II batalionu 71. Pułku Piechoty dnia 11. IX 1939 r., podczas bitwy o Zambrów. Dotyczy on smutnego epizodu walk wrześniowych, kiedy doszło do omyłkowego ostrzelania własnych ugrupowań.


Czesław Witkowski:


Wyjątkową tragedię przeżyli – w czasie tych walk – żołnierze II batalionu mjr. S. Knapika. Ruszyli oni do akcji o godzinie 13.00 z rejonu Wądołki-Bućki (około 4 km na południowy-zachód od Zambrowa). Zadaniem batalionu było rozpoczęcie natarcia z rejonu strzelnicy pułkowej w Wądołkach. Jednakże mimo usilnych starań nie zdołano jej osiągnąć. Zmusiło to dowódcę pododdziału do przyjęcia postawy do natarcia z rejonu cegielni (również w Wądołkach). Tam też ostrzelana została we mgle szpica batalionu – od skraju lasu w miejscowości Długobórz (około 5 km na południe od Zambrowa). Doszło w tym czasie do ostrej wymiany ognia. Dopiero po upływie blisko 30 minut okazało się, że stroną atakującą jest 3 szwadron 1 Pułku Ułanów Krechowieckich. O tragicznej omyłce jako pierwsi zorientowali się ułani. Zaintonowali wówczas hymn państwowy w celu przekonania żołnierzy II batalionu, że prowadzą bratobójczą walkę. W tragicznym starciu zginął dowódca krechowiaków ppłk Jan Litewski. Ranni byli po obu stronach. Po tym krwawym incydencie pechowy batalion zajął pozycje w odległości około 200 metrów od szosy Zambrów-Czyżewo. Okopał się i popołudniu odparł kontratak nieprzyjaciela. Przed godziną 17.00 wycofano się jednak do rejonu wsi Krajewo-Korytki. (…)

…gen. Cz. Młot-Fijałowski [sic!] podjął decyzję o przerwaniu walk i nakazał wycofać się na południe, w kierunku na Czyżewo. Jednakże rozkaz ten nie dotarł na czas do oddziałów. W tym czasie żołnierze 71 pp resztką sił wkroczyli do Zambrowa około godziny 15.00 i zdobyli środkową część miasta, oraz przejęli duże ilości sprzętu bojowego. Ponadto wzięto blisko 200 jeńców. Rozkaz o zaprzestaniu walk o Zambrów dotarł do dowódcy pułku 12 września o godzinie 2.00.


Dokładny przebieg tych wydarzeń opisany jest w książce Jarosława Strenkowskiego pt. „Bitwa o Zambrów. 18. Dywizja Piechoty w walkach odwrotowych 11 września 1939 r.”, do której odsyłam osoby zainteresowane. Warto także sięgnąć po trzeci numer (1985 r.) „Wojskowego Przeglądu Historycznego”, gdzie zamieszczony jest tekst oficerów 18. DP pt. „Walki odwrotowe 18. DP w czasie wojny obronnej 1939 r.”


Innym, tragicznym w skutkach epizodem walk 18. DP pod Zambrowem i później pod Andrzejewem, była zbrodnia wojenna popełniona na jeńcach wojennych, której dopuścili się żołnierze Wehrmachtu. Witkowski wspomina o śmierci „kilkunastu żołnierzy”, do których strzelali wartownicy, „aby ich zastraszyć”. Wszystko wskazuje na to, że było to działanie celowe i niestety nie zginęło „kilkunastu”, ale być może nawet 200. polskich żołnierzy. O tym również wielokrotnie pisał Jarosław Strenkowski, a także inni badacze i publicyści. Już w latach 60-tych podjął ten temat historyk żydowski Szymon Datner.


Błędów w książce Witkowskiego jest dużo więcej. Co ciekawe, wcześniej napisał i wydał w ramach serii wydawniczej Oficyny Wydawniczej „Ajaks” („Zarys historii wojennej Pułków Polskich w Kampanii Wrześniowej”) zeszyt pt. „71 Pułk Piechoty” i tam część tych błędów już była. Autor, pomimo krytyki w żaden sposób się nie zreflektował. Czyżby miał taki cel w życiu, żeby tworzyć historię alternatywną, nieprawdziwą? Może nie każdy powinien pisać książki? Mylić się rzecz ludzka, ale jeśli jest okazja, należy swoje pomyłki prostować. Do tego bym zachęcał.


Także książka pt. „Majowy zamach stanu” Witkowskiego nie przejdzie do kanonu piśmiennictwa historycznego naszej Ojczyzny. Mnogość błędów razi również i w tej książce. Przy czym pomyłki w pisowni nazwisk, to tylko niewielkie „byki” wśród wielu błędów merytorycznych. Autor książki powinien wiedzieć, że Józef Piłsudski nie dowodził Legionami Polskimi, a tylko I Brygadą Legionów Polskich. 10. pułk nie stacjonował w Łomży, a bunt na Litwie nie miał miejsca w roku 1919. Błędów jest dużo także i w tej książce. Niestety, bo temat ciekawy.


Adam Sznajderski to kolejny autor, którego niestety muszę skrytykować. Książka zatytułowana „Kardynał Stefan Wyszyński. U źródeł kapłaństwa w Andrzejewie”. Pięknie wydana, o wspaniałym temacie. Tylko w jakim celu w publikacji o Prymasie Tysiąclecia zamieszczona jest relacja dotycząca bitwy pod Andrzejewem? Prymas Wyszyński co prawda współpracował z kombatantami z 18. Dywizji Piechoty, ale czy warto było zawierać taki ładunek historii z okresu pamiętnego, andrzejewskiego września w książce o Prymasie? Mniejsza o to. Nie jest to nic złego, ale „Dni kukurydzy”!? – to wiele wyjaśnia… Wystarczy spojrzeć na zdjęcia zamieszczone w środku, a już wiadomo, że nie tylko Prymas ma być w niej promowany… W książce dowódca 18. DP czasami jest Stefanem Kosseckim, a innym razem Stanisławem Kosseckim – kawalerem „Virtutu Militari”. Parafia w Andrzejewie czasami jest pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, a czasami Wniebowzięcia NMP Bolesnej. To tylko niektóre błędy, które świadczą o tym, że książka była pisana w pośpiechu i nosi wyraźne znamiona propagowania, ale nie tylko osoby Prymasa Wyszyńskiego. Czytelnik spoza Andrzejewa może nie do końca zrozumie istotę rzeczy, natomiast jedną z cegiełek tej układanki jest inna publikacja. Tak tragiczna w swej treści, że nie tylko jej nie polecam, ale wręcz zachęcam do wyrzucenia do śmietnika. Mam na myśli monografię Andrzejewa sprzed kilku lat, pt. „Andrzejewo. Gmina dwóch Prymasów Polski”. Jest to praca zbiorowa, która ilością zawartych w niej błędów można by obdarzyć kilkaset innych publikacji. Niestety.