top of page

Z pamiętnika powstańca

    Konstanty Rinaldo Borowski urodził się w roku 1844 w Horaczkach (parafia Teolin), na terenie powiatu augustowskiego. Ojcem Konstantego był Antoni, a matką Franciszka (z domu Sztejbert). Już jako młody człowiek mieszkał z rodziną na terenie powiatu łomżyńskiego. Postać Borowskiego interesuje nas dzisiaj, przez wzgląd na jego udział w powstaniu styczniowym. Za udział w nim trafił do warszawskiej Cytadeli, a następnie skazany został na czteroletni pobyt w karnych rotach aresztanckich w guberni archangielskiej. W kwietniu 1866 r. wyrok złagodzono i Borowski osadzony został w guberni tobolskiej. W sumie spędził na zesłaniu około pięciu lat.


    Dwa lata po powrocie, w roku 1874 związał się na całe życie z Walerią Janczewską. Ślub odbył się w Zarębach Kościelnych. Małżeństwo doczekało się syna i trzech córek. Ostatnie lata życia spędził w Broku, gdzie zmarł 6. września 1915 r.



    Konstanty Rinaldo Borowski pozostawił po sobie pamiętnik. Jego treść zamieszczono w opracowaniu pod tytułem „Między Kamieńcem i Archangielskiem”. Opisuje wiele ciekawych zdarzeń i rzeczy. Poniżej wybrane, ciekawsze fragmenty:


    Wiedząc, że oddziały powstańcze w Lubelskiem jeszcze się trzymają, postanowiliśmy tam się przedostać. Jakoż przeprawiwszy się łódką przez Narew około Ostrołęki, dotarliśmy do Buga i we wsi Zuzel przeprawiliśmy się przez tę w Podlaskie do ówczesnej jeszcze w tym miejscu guberni lubelskiej. (…)


    Naród podlaski, a szczególnie drobna szlachta, był od wieków dzielnym polskim narodem. Patrioci to wielcy, kochający prawdziwie tę drogą Polskę, tę ziemię swą, matkę-Ojczyznę. Oni byli duszą i ciałem powstania. Na ich to Podlasiu najdłużej trwało powstanie. (…)


      Konstanty Borowski opisuje m. in. bitwę pod Wincentą (wieś położona nad rzeczką Woncentą, wzdłuż której przebiegała granica mazowiecko-pruska. Obecnie na terenie gminy Kolno). Fragment:


     Brandt zwraca się sam już do kosynierów i woła: – Dzieci, kosynierzy! do ataku, prędzej do ataku na nieprzyjaciela! Wieś trzeba zdobyć koniecznie, do was to należy!


    Kosynierzy zerwali się na nogi, sformowali się w kolumnę, pochylili kosy do ataku, ale zasypani w tej chwili gradem kul rosyjskiej piechoty, zachwiali się. Prawe i lewe skrzydło posunęło się naprzód, środek zaś kolumny stał na miejscu, tak że cała kolumna utworzyła półkole. Kosynierzy, przejęci chwilowo strachem, nie ruszyli do ataku. Wtedy stojący na lewym skrzydle przy swej sekcji podoficer kosynierów Horodyski, młody chłopak, organista z guberni grodzieńskiej, widząc, co się dzieje, staje na czele kolumny z kosą w ręku i woła:


– Za mną, bracia kosynierzy, z Bogiem do ataku marsz! marsz! – Szczęk straszny, kosa o kosę, krzyk z setek piersi: Hura, hura! rozległ się w powietrzu i kosynierzy rzucili się do ataku.


    Tymczasem Brandt, nie znalazłszy Dziadulewicza przy kosynierach, widząc nieład w ich szeregach, nie tracąc ani minuty czasu przypada do piechoty, formuje nas w mgnieniu oka w ściśnione szeregi i z okrzykiem: Baczność! broń do ataku, naprzód marsz! Rozległo się w powietrzu gromkie hura! Pochyliły się bagnety i piechota poszła doo ataku. Za piechotą, w niewielkiej odległości, porwani przez Horodyskiego, biegli i kosynierzy. Gdy piechota nasza i kosynierzy wdarli się przez parkany i inne przeszkody do wsi, piechoty rosyjskiej tam już nie bylo. Część jej rzuciła się przez most do Prus, część zaś wyszła i stanęła na prawo od wsi. Większa część naszej piechoty przeszła pospiesznie przez opuszczoną przez nieprzyjaciela wieś, zajęła pozycję nad samą rzeczką i rozpoczęła bój z obieszczykami, kozakami i p!eehotą stojącą na terytorium pruskim, druga zaś część naszej piechoty zwróciła się na prawo, minęła wieś, rozsypała się w tyraliery i rozpoczęła ogień z piechotą rosyjską stojącą w polu. Konnica nasza ścierała się również w polu z konnicą rosyjską.


    Kosynierzy zajęli opuszczoną wieś Wincentę i zabierali, co im pod rękę popadło, a co Rosjanie zrejterowawszy ze wsi tam zostawili, jak to broń, kulbaki, pałasze itp.


Stanisław Witkiewicz, "Ranny powstaniec"

    Jednym z ciekawszych fragmentów jest apel powstańca do polskiej młodzieży. Nadal aktualny i chwytający za serce. Oto on:


    Czym są trudy nasze, ofiary krwi, cierpienia i nasze idee dla ciebie, nowe pokolenie, dla ciebie, młodzieży polska?

    Smutek oczy zaćmiewa, serce z bólu pęka!


    Dla ciebie, pokolenie nowe, dla ciebie, młodzieży teraźniejsza polska, ta spuścizna po praojcach twoich, ta ziemia święta, nie tylko że jest ci obojętną, lecz o zgrozo, jest ona przez cię jeszcze i lekceważoną.


    W twoim pojęciu, w twoim przekonaniu nie jest ona ci Ojczyzną, nie ma ona granic jako ziemia polska, lecz jako „międzynarodówka”.


    A orzeł biały? To godło, ten symbol, ta duma narodu polskiego, dawnoż to był wyśmiewany, znieważany przez niegodnych Polaków, przez wyrodnych synów tej ziemi i przez chałastry żydowskie?


    Jakimże ty, pokolenie nowe, narodem chcesz być, dokąd dążysz?


    My, starzy, z boleścią w sercu patrzym na to wszystko, co się obecnie dzieje, i pytamy sami siebie:


    Co z tym narodem się stanie, jeżeli tą drogą pójdzie dalej, jeżeli w obojętności dla swej Ojczyzny trwać będzie, jeżeli w sobie ducha polskiego nie obudzi?


    Narodzie polski! Ty pokolenie młode! Wstań i nie z dawnych już czasów, a z ostatniego już tylko powstania, idź i porachuj te szubienice, na stryczkach których konali dziadowie i ojcowie twoi. Te słupy, przy których kule sołdackie przeszywały szlachetne piersi i strzaskiwały czaszki twych ojców i  braci, a naliczysz tych szubienic i słupów przeszło półtora tysiąca.


    Zejdź w lochy podziemne, rozejrzyj się dobrze, a zobaczysz tam zardzewiałe łańcuchy i zgniłe garstki barłogu, na których za życia jeszcze butwiały kości ojców twoich.


    Idź, zajrzyj do wszystkich kazamat w więzieniach i na etapach, a ściany ich i gołe mury powiedzą ci, ile tam strasznych cierpień i katuszy znieśli ojcowie twoi.


    Rzuć okiem twej duszy po bezbrzeżnych stepach Sybiru, Kamczatki i Archangielska, aż hen, po brzegi Oceanu Lodowatego, podnieś śnieżne całuny, a zobaczysz, ile tam pod nim spoczywa świętych kości męczenników naszych na tej ziemi wygnania!


    Idź na place walk, na pola bitew, zroszonych obficie krwią poległych tam młodzieńców i siwizną pokrytych starców, a naliczysz tych ofiar – tysięcy kilkanaście.


    Porachuj te razy rózg, ten świst nahajek kozackich, którymi szarpano kawałami ciała i gruchotano kości nieszczęśliwych, a naliczysz tych razów – setki tysięcy.


    Wreszcie pójdź, zbierz jak rosę z ziemi te wszystkie łzy matek, żon, sióstr i sierot, wylanych za synów, mężów, ojców i braci zamordowanych na szubienicach, przy słupach, gnijących za życia w podziemiach, zmarłych na wygnaniu w stepach Sybiru, a napełnisz łzami tymi – nie już urny, nie łzawice, a stągwie całe.


    Gdy to wszystko porachujesz, gdy wszystkiemu przyjrzysz się, stań, polski narodzie, stań ty, młode polskie pokolenie, „podumaj” i zastanów się mocno, a wtedy zrozumiesz, poznasz, jak drogą, jak świętą powinna być dla ciebie ta ziemia, ta Ojczyzna twoja, ta Polska święta, ta spuścizna ojców twych, za którą oni tyle krwi swej przelali, tyle cierpieli, tyle życia na odkupienie jej ponieśli. Wtedy może zrozumiesz, że obojętnym dla niej być ci nie wolno ani lekceważyć ci jej nie wolno…


    Nie wolno ci, młode pokolenie, lekceważyć jej przeszłości ani jej tradycji. I nie wolno ci zatracać w sobie ducha narodowego, ducha polskiego. Obowiązkiem jest twoim, a nawet powinnością bezwarunkową, stać na straży jej tradycji i jej ducha polskiego.


    Masz ze czcią i dumą patrzyć w jej wielką i świetną przeszłość i spoglądać z silną i niezachwianą wiarą w jej przyszłość.

    Ty każda matko Polko! Ty moc, potęgo, stróżu i piastunko ducha polskiego, siądź u kołyski dziecięcia twego i śpiewaj mu o dziejach Polski, o jej synach-bohaterach. Synowi swemu od kołyski już powiadaj, czym byli jego przodkowie i czym on być ma.


    Niech syn twój, matko Polko, z mlekiem piersi twych wyssie ducha polskiego, dzielność przodków naszych i niezwalczone męstwo Polaka. (…)


    Jam atom malutki, nic nie znaczący w narodzie; jam jego jedna dwudziestomilionowa cząstka tylko. W stosunku do narodu jak kropla wody tylko jestem. Nie uczony, a nawet biedny. Bo nawet własnego kawałeczka tej ziemi, którą  nad wszystko kocham, nie posiadam. Więc skąd mi przyszło do głowy to wołanie do narodu?


    Ale jako syn tej ziemi, jako Polak, jako stary weteran wojsk powstańczych, jako ten, który wiele cierpiał, mam prawo chcieć i prawo żądać dla drogiej mej Polski, dla ciebie, ukochany narodzie, lepszej doli, lepszej przyszłości.


    Niechże to moje wołanie będzie chęcią, pragnieniem. Nie tylko teraz, gdy jeszcze żyję, lecz nawet wtedy, gdy już oczy moje zamkną się na wieki, gdy one tak drogiej, ukochanej ziemi widzieć już nie będą, gdy ciało me zstąpi do grobu, a duch mój uleci w przestworza, w górne krainy, chciałbym, aby stamtąd, z błękitu niebios, mógł on widzieć Polskę moją ukochaną potężną, w pełnej majestatu chwale, przyodzianą w purpurę królewską i w koronę Piastów na głowie.


    Chciałbym, aby ona, ta Polska w blasku potęgi swej, świeciła wszystkim narodom świata całego wolnością, prawdą i sprawiedliwością.


    Och! Jak ja bym chciał, aby duch mój mógł z górnej krainy widzieć, że waśnie, niesnaski, niezgoda, nienawiść nie mają już miejsca między Polakami, Litwinami, Rusinami itd., a nastąpiła jedność, zgoda święta i miłość bratnia.

bottom of page