top of page

                                                 Święty Charbel Makhlouf

 

       Św. Charbel jest mało znany w Polsce, bardziej w Rosji czy, co oczywiste w Libanie, gdzie się urodził. Za sprawą andrzejewskich Rycerzy Kolumba, a raczej ks. Adama Izbickiego, wikariusza parafii andrzejewskiej, zawitał również do Andrzejewa. Rada Rycerzy Kolumba nr. 16359 w Andrzejewie, za patrona obrała sobie właśnie świętego Libańczyka. Przeciętny Polak o Libanie wie tyle, że od lat toczą się tam wojny. Nasi żołnierze wyjeżdżają na misje stabilizacyjne do Libanu i próbują utrzymać pokój.

Tamtejsze klasztory niszczone są wskutek działań wojennych, a w przeszłości były celem ataków muzułmańskich. Z Bogiem jednak, nikt jeszcze nie wygrał…

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

       Święty z Libanu urodził się 8 maja 1828r. w Bkaakafra, jako jedno z pięciorga dzieci, bardzo pobożnych chrześcijan z północy kraju. Imiona nadane mu przy chrzcie świętym, to Youssef (Józef) Antoun (Antoni). Youssef Antoun Makhlouf był dzieckiem rolników, którzy z trudem utrzymywali siebie i gromadkę dzieci. Mały Józef wcześnie stracił ojca, który zmarł wyczerpany pracą na rzecz okupacyjnej armii tureckiej. Matka powtórnie wyszła za mąż, a Józef został pod opieką krewnych ze strony ojca.

 

Matka naszego Józefa „Brigitta musiała samotnie dźwigać trud wychowania całej piątki – ubierać, karmić i leczyć, gdy chorowały. Dwa lata później ponownie wyszła za mąż za poczciwego i pobożnego mieszkańca tej samej wioski. Ojczym stał się dla Yousuffa duchowym przewodnikiem tak jak i dwóch jego wujów, którzy żyli w górach, jako pustelnicy.’

Bardzo chciał się uczyć, co realizował w przyklasztornej szkole. Musiał też pomagać w rolnictwie. Zajęciem odpowiednim dla małego chłopca, było wypasanie owiec. Podczas tego zajęcia, Józef umieścił w jednej z grot obrazek Matki Bożej i modlił się do niej. Służył jako ministrant, w czasie mszy świętej i śpiewał w chórze kościelnym. Mówił tylko tyle, ile musiał, a wolny czas spędzał raczej samotnie, zapewne na modlitwie.

Kiedy dorósł, a wiara i świadomość dojrzała w jego sercu, postanowił wstąpić do klasztoru. Wiedział, że rodzina, choć bogobojna, będzie się sprzeciwiała, więc nie pytając nikogo o zdanie udał się do klasztoru.

 

„Zostawił wszystko: mamę, ojczyma, braci i dziewczynę, która uważała się za jego narzeczoną. Odszedł z domu, nie pożegnawszy się nawet z ukochaną mamą. Wiedział bowiem, jak trudne będzie to pożegnanie. Zdecydował, że odtąd będzie nieugięty i twardy jak granit w swoim postanowieniu opuszczenia grzesznego świata. Doskonale zdawał sobie sprawę, że wystarczy choćby najmniejsza pobłażliwość, krótka chwila słabości, a jego służba Bogu grosza nie będzie warta.”

 

Zapukał do klasztoru maronitów Matki Bożej z Mayfouq i poprosił o widzenie z przeorem.

„Ojciec przeor nie kazał na siebie długo czekać. Przed młodzieńcem stanął dostojny, siwobrody mnich i z ciekawością w oczach patrzył na gościa.

- Prawda to, że chcesz wstąpić do naszego klasztoru? – zapytał

- Tak, to prawda, dostojny ojcze. To moje najskrytsze marzenie! – rzekł pospiesznie kandydat na mnicha. – Błagam, przyjmijcie mnie do swojego grona.

- Życie mnichów nie jest łatwe – ostrzegł przeor, któremu od razu spodobał się ten chłopak. – Czy w swym sercu roztropnie rozważyłeś wszystkie „za” i „przeciw”?

- Oczywiście, wszystko dokładnie rozważyłem. Proszę, nie wypędzajcie mnie! (…)

Ojciec przeor był człowiekiem niezwykle mądrym. Bez trudu przejrzał chłopca z górskiej wioski, który od najmłodszych lat pielęgnował w sobie pragnienie służby Bogu. Na wszelki wypadek jednak zapytał:

- Twoi rodzice zgadzają się z takim wyborem?

- Nie wiem, ojcze – wyznał Youssuff – Wymknąłem się z domu bez ich wiedzy.

- Od razu się tego domyśliłem, ale chciałem sprawdzić twoją szczerość. No cóż, błogosławię cię, mój synu!

Do braci zaś rzekł:

- Nakarmcie chłopaka i zaprowadźcie go do celi. Oto nowy kandydat do nowicjatu.

- Dzięki, ojcze! – Youssuff z szacunkiem i wdzięcznością ucałował dłoń przeora.”

W dwa lata później (1 listopada 1853r.), w klasztorze św. Marona w Annaya, złożył śluby: posłuszeństwa, czystości i ubóstwa. Na zakonne imię wybrał sobie „Charbel”. Bardzo szczególne bo łączące w sobie słowa „Bóg” i „król”, czyli „Pomazaniec Boży”. Imię, które nosił inny święty, męczennik antiochijski z drugiego wieku.

        „Charbel” bardzo chciał się kształcić. Po jakimś czasie, przeor umożliwił mu to i mógł pobierać nauki teologiczne w klasztorze w Kfifan.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

W roku 1859 przyjął święcenia kapłańskie i dostąił największego zaszczytu – odprawił mszę świętą.

Niestety, kilka miesięcy później nastąpiły wydarzenia, które przypominają wydarzenia współczesne, na dalekim wschodzie. Muzułmanie, z ogromną bezwzględnością wymordowali ponad 20 tysięcy chrześcijan (dzisiaj zamordowanych chrześcijan jest dużo, dużo więcej). Naturalnym schronieniem dla uciekinierów z rzezi, były klasztory i kościoły, gdzie spotykali pomocną dłoń ludzi pokroju naszego mnicha.

 

Marzeniem Charbela było życie pustelnicze, z dala od zgiełku tego świata, gdzie mógłby bez reszty poświęcić się modlitwie. Całkowicie zjednoczyć się z Bogiem.

 

      Jednym z pierwszych zdarzeń, które świadczyło o wyjątkowości mnicha i skłoniło przeora, aby zgodził się na jego pustelnicze życie, było zadanie, które mu wyznaczył. Charbel miał sporządzić sprawozdanie z działalności klasztoru.

„Tymczasem ojciec Charbel zabrał się ze zwykłym sobie zapałem do wykonywania polecenia swego przełożonego. Najpierw udał się do magazynu, gdzie pracowało dwóch robotników. Przywitał się z nimi i, podając im lampę, grzecznie poprosił:

- Muszę dzisiaj popracować również w nocy. Dlatego bardzo was proszę, napełnijcie mi tę lampę oliwą, bo całkiem już wyschła.

Kiedy Charbel na chwilę się oddalił, młodzi robotnicy wpadli na łobuzerski pomysł. (…)

- Nalejemy do lampy ojca Charbela wody zamiast oliwy. Ale będzie heca!

- Może nie powinniśmy pozwalać sobie na taki żart? – drugi robotnik, trochę mądrzejszy, miał pewne wątpliwości.

Napełniwszy jednak lampę wodą zaczerpniętą z glinianego dzbana, żartowniś zaniósł ją do celi ojca Charbela. Ten uprzejmie podziękował, postawił lampę na kamiennej płycie, która służyła mu za stół i zajął się pisaniem. Było jeszcze dość widno.

Po pewnym czasie, kiedy zapadł już zmrok, dowcipniś, który aż trząsł się ze śmiechu, wyszedł po cichu z kuchni i na palcach podszedł pod celę ojca Charbela. „Pewnie grzebie się z lampą – pomyślał z zadowoleniem. – Nie wie przecież, że jest tam woda”. Lecz ku swemu bezgranicznemu zdziwieniu zobaczył, będąc jeszcze w ciemnym korytarzu, że spod drzwi celi wydobywa się wąska smuga światła. Figlarz zajrzał do środka przez niedomknięte drzwi. Ojciec Charbel jak gdyby nigdy nic siedział przy stole i pisał. Przed nim paliła się lampa, rzucając na sufit błękitnawy odblask.

Chłopak przeraził się nie na żarty i, nie namyślając się wiele, pobiegł do ojca przeora i obudził go. (…)

- Święty ojcze! Święty ojcze! – mamrotał przejęty robotnik. – Ojciec Charbel coś pisze… teraz… w nocy… - Winowajca w żaden sposób nie mógł się zdecydować na wyznanie prawdy.

- I co w tym dziwnego? – odparł niezadowolony przeor. – Sam mu pozwoliłem, aby pracował w nocy. Dlaczego wtrącasz się w nie swoje sprawy?

Wtedy żartownisiowi nie pozostało nic innego, jak przyznać się do psoty i okazać skruchę. Ojciec przeor surowo upomniał chłopca i przykazał, by już nigdy więcej na coś podobnego sobie nie pozwalał. Potem zaś skierował swe kroki do celi ojca Charbela. (…)

- Kładź się spać – rzekł łagodnie i po przyjacielsku przeor, nie odrywając oczu od palącej się lampy – a światło zabieram, byś nie ślęczął dłużej nad robotą. Rano wyznaczę ci pokutę.

Przełożony wziął tę nieszczęsną lampę i wyszedł na korytarz. Nie miał wątpliwości, że dowcipniś i tym razem go oszukał. Wszak woda nie mogła się palić tak, jakby była olejem. Przyszedłszy do swej celi i starannie zamknąwszy za sobą ciężkie drzwi, zwierzchnik klasztoru zaczął sprawdzać zawartość lampy.

Rzeczywiście , była w niej czysta woda. Spróbował nawet jak smakuje, lecz przecież w celi ojca Charbela ta woda się paliła, a teraz zapalony knot natychmiast zgasł. Głęboko poruszony tym zjawiskiem przeor zaczął się modlić. Nie opuszczało go przeczucie, że ten cud potwierdza świętość ojca Charbela.”

 

Odtąd, dziwne i niewytłumaczalne zdarzenia z udziałem ojca Charbela zaczęły się mnożyć.

„Zapisano wiele relacji o cudownych zdarzeniach, które dokonały się dzięki modlitwom Charbela. Jedno ze świadectw przedstawia przypadek wyleczenia z choroby psychicznej Gabriela, młodego mężczyzny z miejscowości Ehmej. Wielu ludzi było przerażonych, widząc Gabriela, gdy rozdzierał ubranie, rzucał obelgi czy biegał nago po polach. Pewnego dnia próbował nawet popełnić samobójstwo, strzelając do siebie. Rodzina Gabriela postanowiła zaprowadzić go do ojca Charbela. Kilku mężczyzn z wielkim trudem przywiozło rzucającego się i roznegliżowanego chorego do klasztoru w Annaya, lecz nie byli w stanie wprowadzić go do kościoła. Wtedy wyszedł ojciec Charbel, rozkazał mu pójść za sobą i klęknąć przed tabernakulum. Gabriel posłusznie wykonał polecenia i skrzyżował dłonie w geście modlitwy. Zakonnik odczytał fragment Ewangelii i położył swoje ręce na głowie chorego. Gabriel rozpłakał się i został natychmiast uzdrowiony. Poprosił o ubranie i wyszedł spokojny z kościoła. Objawy choroby definitywnie zniknęły. Po latach, z żoną i gromadą dzieci, wyjechał do Stanów Zjednoczonych.”

 

      Życie eremity (gr. ἐρημίτης erēmítēs, żyjący na pustkowiu), to wieczny post, modlitwa i umartwianie się. Cela pustelnicza ma 6 m². Do spania służą kamienie i siennik wypchany liśćmi, a pod głowę podkłada się podusię, na którą składa się kawałek drewna owinięty tkaniną. Pustelnik je raz dziennie (nie je mięsa), a poza 5 godzinami snu modli się i pracuje w polu. Często umartwia się zakładając włosiennicę i inne tego typu przedmioty.

Najważniejszym punktem dnia, dla Charbela była Eucharystia.

Często był wzywany do chorych i już za życia był rozpoznawany, jako ten, który ma moc uzdrawiania i czynienia cudów.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

       Jednym z najbardziej znanych cudów, uczynionych za pośrednictwem św. Charbela jest przypadek Nouhad Al – Chami. Tutaj święty działał razem z innym świętym – Maronem.

Nouhad Al – Chami została sparaliżowana. Zawieziono ją do szpitala św. Marona. Stan pacjentki był beznadziejny. Medycyna nie zna lekarstwa na niedokrwienny udar mózgu. Podjęta terapia nie dała pożądanych efektów. Można było próbować kosztownej operacji, ale jej skuteczność też była wątpliwa. W stanie beznadziejnym, sparaliżowaną kobietę odesłano do domu. Zdaje się, że z losem kobiety nie pogodził się „ordynator” szpitala, św. Maron…

Syn Nouhad Al – Chami udał się w tym czasie do klasztoru w Annaya, aby modlić się do świętego Charbela. Przywiózł też olej, którym córka natarła ciało Nouhad. Sparaliżowana poczuła mrowienie w sparaliżowanych kończynach. To był dopiero początek, który wlał trochę optymizmu w chorą. Dalej było tak:

 

„Następnego dnia, kiedy mąż i dzieci zostawili mnie samą bym odpoczywała, zobaczyłam w półśnie, jak pokój wypełniło nagle bardzo jasne światło, a potem pojawili się przy mnie dwaj mnisi, których twarze wydały mi się znajome. Nie mogłam  ich jednak wyraźnie dojrzeć, gdyż biło od nich również oślepiające wprost nieziemskie światło.

Jeden z nich zbliżył się do mnie, podniósł moją głowę i rzekł: „Wybawię cię z tej niemocy”. Przejęta i pełna niepokoju spytałam: „Ojcze drogi, jak możesz operować mnie bez narkozy? Przecież lekarze odmówili mi operacji”. „Ja sam będę cię operował” – odparł drugi mnich, od którego biła jeszcze większa jasność.

W tym momencie spojrzałam na nocny stolik, na którym stała statuetka Najświętszej Maryi Panny i zaczęłam się do niej modlić: „Przenajświętsza Panienko, zlituj się nade mną! Jak ci mnisi chcą mnie operować? Czy można robić to bez narkozy?”. I nagle figurka sama uniosła się z miejsca i stanęła między dwoma zakonnikami. Nadal widzę to niezwykle wyraźnie.

Po krótkiej chwili poczułam przeszywający ból pod palcami świętego Charbela, bo w końcu go rozpoznałam. Wydawało mi się, że rozrywa nimi mój kark i coś z nim robi.

Kiedy ta dziwna operacja skończyła się, zbliżył się do mnie drugi mnich. Podłożył mi pod plecy poduszkę, wziął szklankę z wodą, jedną rękę podłożył mi pod głowę i rzekł: „Pij! To woda, pij!”. Ojcze - odparłam – czyż nie widzicie, że jestem sparaliżowana i piję wodę przez słomkę?” „Nouhad, my cię uzdrowiliśmy, pij! Odtąd będziesz piła, jadła i chodziła…”

 

Potem się obudziłam. Okazało się, że rzeczywiście siedzę na łóżku oparta o poduszkę, a obok mnie stoi szklanka z wodą. Wyciągnęłam rękę, wzięłam tę szklankę i zaczęłam pić.”

Po niezwykłej operacji, na szyi Nouhad zostały blizny. Paraliż ustąpił.

 

       Nie napisałem jeszcze o śmierci ojca Charbela. Ta, nastąpiła w najpiękniejszym momencie jego życia. Przewrócił się w czasie Podniesienia, kiedy sprawował Eucharystię. Dostał udaru mózgu i zmarł kilka dni później, w wigilię Bożego Narodzenia roku 1898.

„Jak się później okazało, w tym samym czasie Patriarcha Libanu i Całego Wschodu, Hanna El Hajj, odprawiał Mszę św. w swoim kościele. W pewnym momencie złapał się za serce i poczuł to samo, co wierny sługa Boży w chwili śmierci. Kiedy zapytano go, co się stało, ten odpowiedział przejęty: „Umarł ojciec Charbel”

 

Ciało pustelnika złożono w cmentarnej grocie, którą przysłonięto kamieniami. Chociaż ekshumacji mnichów się nie dokonuje, to reguła ta, jak się później okazało, nie dotyczyła ojca Charbela.

Zaczęło się od rewizji policyjnej. Funkcjonariusze szukali zbiegłego rzezimieszka, a w swych poszukiwaniach zawitali też do klasztoru. Ponieważ poszukiwania nie przyniosły efektu, udali się na cmentarz klasztorny. Tam zobaczyli niebywałe zjawisko. Spomiędzy kamieni wydobywało się lekkie światło. Mnisi wiedzieli o tym zjawisku już wcześniej, ale dla bogobojnych braci było to wytłumaczalny – dzieło Boga. Policjanci jednak zażądali odsunięcia kamieni i weszli do grobowca.

 

„Tak oto po raz pierwszy przyszło mnichom zakłócić spokój zmarłego i rozebrać kamienną ścianę grobowca. Odłożono kamienie na bok, żandarmi weszli do środka i… zamarli z wrażenia. Przed nimi leżał śpiący człowiek. Jego twarz i ręce w najmniejszym stopniu nie były naznaczone piętnem śmierci, a z ciała wypływała różowa ciecz, której do tej pory nie widzieli nawet mnisi. Najbardziej zdumiało wszystkich to, że ciało ojca Charbela zachowało swą naturalną giętkość”.

Przeważnie trzeba wielu lat, aby zebrać wiarygodne dowody na świętość człowieka. Proces beatyfikacyjny jest żmudny i czasochłonny. Inaczej było ze świętym Charbelem. Ten, uważany był za świętego już za życia. Dowodów na jego świętość nie brakowało też po jego śmierci, a cuda za jego wstawiennictwem, zdarzają się do dzisiaj, 118 lat po jego śmierci.

5 grudnia 1965r. papież Paweł VI ogłosił ojca Charbela Makhloufa błogosławionym. Papież mówił:

 

„Dzisiaj cały świat chrześcijański się raduje. Po raz pierwszy w Kościele katolickim, na głównym posiedzeniu Soboru Powszechnego do godności błogosławionego wynieśliśmy libańskiego pustelnika Charbela Makhloufa. Spośród setek cudów dokonanych za wstawiennictwem tego Sługi Bożego, zarówno za życia, jak i po śmierci, wybraliśmy dwa – uzdrowienie zakonnicy Marii Abel i kowala Iskandara Oubaida…”

 

Marii Abel Kamary cierpiała od 14 lat. Powód – rozległy wrzód żołądka. Wraz z upływem lat jej kości się odwapniły, miała problemy z jedzeniem i poruszaniem się. Doznała częściowego paraliżu. Kiedy była już u kresu sił, zawieziono ją do grobu świętego Charbela. Tam zwilżyła chusteczkę płynem, który wydziela się z ciała świętego i potarła nim chore miejsca.

„Następnego ranka, na prośbę s. Marii, zakonnice ponownie zawiozły ją do św. Charbela. Co ciekawe: w tym tłumie znajdowało się pięciu duchownych, którym dane było zostać świadkami cudu, jaki zdarzył się z s. Marią Abdel.

Kiedy siostry podwiozły chorą ku trumnie, ta długo siedziała na wózku z nisko opuszczoną głową, zatopiona w modlitwie. Jak później wyznała, ani przez chwilę nie wątpiła, że ojciec Charbel jej pomoże. Tak też się stało. Nieoczekiwanie dla wszystkich zakonnica zaczęła powoli podnosić się z wózka. Jej towarzyszki zamarły z wrażenia, a s. Maria spokojnie obeszła sarkofag, nie zdając sobie do końca sprawy z tego, co się dzieje. Następnie z promienną twarzą upadła na kolana, które już od dawna się nie zginały, i przylgnęła czołem do podnóża sarkofagu. Ze łzami w oczach dziękowała świętemu Charbelowi za uzdrowienie”.

 

        Iskandar Oubaid, jak wspominał papież był kowalem. Jednookim kowalem. Kiedyś z paleniska wyskoczył jakiś opiłek rozżarzonego metalu i uszkodził kowalowi prawe oko. Kowal był cenionym fachowcem i lubianym przez wszystkich, toteż życzliwi ludzie uzbierali pewną sumkę pieniędzy na operację dla Iskandara. W Bejrucie fachowcy uznali, że źrenica oka została zniszczona i poradzili usunięcie oka, aby zapobiec zakażeniu. Zagrożone było też drugie oko. Kowal nie zgodził się na zabieg i postanowił iść po ratunek do kościoła. Modlił się i nabożnie uczestniczył w mszach, aż po kilku miesiącach zobaczył we śnie mnicha. Ten polecił mu udać się do klasztoru w Annaya, a wyzdrowieje.

Tak też uczynił. Udał się do klasztoru i całą noc spędził na modlitwie przy grobie świętego. Później wrócił do domu i poszedł spać.

„Tym razem śnił, że stoi przed samym klasztorem i czyta widniejący na asfalcie napis: „Charbel”. W tym momencie pojawił się przed nim człowiek w zakonnym habicie, bardzo podobny do ojca Charbela, i zapytał: „Jak długo już tu stoisz?”

- „Od rana”

- „Dlaczego nas nie uprzedziłeś? Moglibyśmy wcześniej wyleczyć twoje oko”. Po tych słowach mnich odszedł, ale po chwili powrócił, trzymając w ręku chusteczkę, na której był jakiś biały proszek. Powiedział życzliwie do kowala: „Wsypię ci teraz ten proszek do oka. Poczujesz ból, ale musisz to wytrzymać. Oko mocno napuchnie, lecz odtąd będzie już zdrowe”. W tym momencie sypnął proszkiem w oko Iskandara i zniknął. Ten głośno krzyknął i obudził się.”

Rano Iskander widział. Lekarze stwierdzili, że oko, na które nie widział od 13 lat jest całkowicie zdrowe.

 

      O cudownych uzdrowieniach, za sprawą św. Charbela można by pisać wiele. Jest ich tysiące. Nowotwory, paraliże, głuchoty, ślepoty – na to wszystko ludzie znajdowali ratunek za pośrednictwem ojca Charbela.

Jest jeszcze jeden cud, nad którym głowią się naukowcy od wielu lat. Chodzi o tajemniczą ciecz, która wypływa z ciała eremity. Jak już wspomniałem, pierwszy raz została zauważona po wizycie żandarmów. Zakonnicy zdecydowali się na ekshumację ciała i przeniesienie go do klasztoru.

 

„Gdy po czterech miesiącach w obecności specjalnej urzędowej komisji otwarto grób okazało się, że mimo złych warunków i wypełniającej grób wody z mułem, ciało jest w doskonałym stanie, bez śladów rozkładu. Zachowało ono elastyczność i temperaturę ciała osoby żyjącej a także wydzielało przyjemny zapach oraz specyficzną wydzielinę - płyn nieznanego pochodzenia. Po umyciu i przebraniu zwłoki zostały złożone w drewnianej trumnie i umieszczone w klasztornej kaplicy. Co dwa tygodnie trzeba jednak było zmieniać im szaty ze względu na nieustannie wydzielający się płyn. W 1927 r. ciało ojca Charbela zostało umieszczone w metalowej trumnie i przeniesione do grobowca w podziemiach klasztoru. W 1950 r. zauważono, że z grobowca wydobywa się dziwna ciecz. Powołano specjalną komisję i w obecności lekarzy oraz przedstawicieli Kościoła otwarto grób. Ku wielkiemu zaskoczeniu okazało się, że mimo upływu ponad 50 lat ciało ojca Charbela nadal pozostało w doskonałym stanie, było giętkie i elastyczne, wciąż wydzielając tajemniczy płyn, który wypełniał wnętrze grobu, a szata była poplamiona krwią. Po obmyciu i przebraniu ciało świętego zostało wystawione na widok publiczny, po czym umieszczono je w nowej trumnie i ponownie zamurowano w grobowcu. Ponowne ekshumacje miały miejsce w 1952r. i 1955 r., za każdym razem stwierdzając brak śladów rozkładu ciała oraz obfite wydzielanie tajemniczego płynu. Podejmowane próby zahamowania wydzielania płynu, między innymi przez usunięcie niektórych narządów, nie dały żadnych efektów. Zjawiska tego, niewytłumaczalnego z naukowego punktu widzenia, nie potrafili wyjaśnić najwybitniejsi naukowcy.”

 

Ładnie pachnący płyn wydziela się z ciała ojca Charbela do tej pory. Niektórzy oceniają jego ilość na 2 tony, inni na setki litrów. Z pewnością jest go więcej, niż pomieścić może ciało zmarłego mnicha. Nie udało się określić składu wydzieliny, ani miejsca wydzielania. Naukowcy rozkładają ręce.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Twarz świetego Charbela znamy ze zdjęcia. Nie jest to jednak takie oczywiste. Otóż, zdjęcie zostało wykonane po jego śmierci. Właściwie, to grupka studentów z Anglii zrobiła sobie pamiątkową fotkę, a po wywołaniu kliszy, okazało się, że na zdjęciu jest również postać mnicha.

Święty Charbel uzdrawia ludzi bez względu na kraj pochodzenia, narodowość, czy wyznawaną religię. Uzdrawiał już katolików, prawosławnych, ale i muzułmanów. Uzdrawiał też niewierzących, a nawet zagorzałych przeciwników wiary i Kościoła.

Pokornie pełni swoją posługę, nawet po śmierci.

 

 

 

 

Źródła:

- „Św. Charbel. Prorok miłości” -  Élie Maakaroun

- „Fenomen Świętego Charbela lub wprowadzenie do cudu” - Anatolij Bajukański

- www.swcharbel.webs.com

- www.swcharbel.blogspot.com

 

Modlitwa do świętego Charbela:

 

„Święty Ojcze Charbelu, który wyrzekłeś się przyjemności światowych i żyłeś w pokorze i ukryciu w samotności eremu, a teraz przebywasz w chwale nieba, wstawiaj się za nami. Rozjaśnij nasze umysły i serca, utwierdź wiarę i wzmocnij wolę. Rozpal w nas miłość Boga i bliźniego.

     Pomagaj w wyborze dobra i unikania zła. Broń nas przed wrogami widzialnymi i niewidzialnymi i wspomagaj w naszej codzienności. Za Twoim wstawiennictwem wielu ludzi otrzymało od Boga dar uzdrowienia duszy i ciała, rozwiązania problemów w sytuacjach po ludzku beznadziejnych.

    Wejrzyj na nas z miłością, a jeżeli będzie to zgodne z wolą Bożą, uproś nam u Boga łaskę, o którą pokornie prosimy, a przede wszystkim pomagaj nam iść codziennie drogą świętości do życia wiecznego. Amen.”

bottom of page