top of page

Skłodowscy ze Skłodów

​

 

        Dziwna to wieś  - Skłody. – Dzieli się na Skłody-Stachy, Skłody-Średnie i Skłody-Piotrowice. Było sobie niegdyś zapewne trzech braci Skłodowskich i podzielili się tak wioską swego ojca po równu. Dawno to być musiało, bo dziś Skłodowskich we wsi pełno, nie mówiąc już o tych, co się po świecie nieraz daleko rozeszli, jak na przykład Maria Skłodowska-Curie, co odjechała aż do dalekiej Francji. (…)

​

    Dziwna to wieś – Skłody. Tutejsi domorośli etymolodzy wywodzą jej nazwę z połączenia dwóch słów: „z kłody”, że niby było tu kiedyś, kiedyś grodzisko słowiańskie z drewnianych kłód zbudowane. Może dlatego – Skłody, a może i nie. Ale od lat jeden z gospodarzy na skraju Skłodów wyorywuje na swym dziwnie wybrzuszonym poletku kawały zwęglonych belek. Nie wszędzie pług na nie natrafia, tylko w pasie obiegającym pólko amfiteatralnie jest ich przy każdej orce pełno. Chyba to wiarygodniejsze od amatorskich wywodów językoznawczych, a przecież potwierdzające je. W pobliżu jest wzniesienie, porośnięte kępą drzew; gdzie nigdy nic się nie uprawiało, gdzie czasem pasą się krowy wsiowe; pagórek zowią – Żal albo Żale. Było tu zapewne pradawne cmentarzysko pogańskie, a jego piękne nazwanie przetrwało do dziś używane w nieświadomości jego pochodzenia i pierwotnego sensu. Jest tutaj też miejsce gajem zwane, choć gaju gaju żadnego nie ma; jest okolica Za Stawem choć stawu – ani śladu; jest miejsce o dziwacznej nazwie: Rękal… Tak oto w Skłodach długowieczne przezwiska, miana, nazwy i imiona żyją, świadcząc o bardzo odległej przeszłości, która je zrodziła: żywotne imiona umarłych spraw i rzeczy. Nikt z tutejszych nie próbuje odgadnąć, dlaczego „dołek” na rzece Broczysko nazywa się Pikoś, skrawek nadrzecznej ziemi – Redunie, pusta łąka – Zagajec, a pastwisko – Okrąglica. Tak było, tak jest – i już.

    Skłodowskich w Skłodach i okolicy jest dziś co niemiara. Więc trzeba jakoś odróżniać tych od tamtych, a tamtych od owych. Toteż każdy ród nosi, prócz nazwiska brzmiącego u wszystkich jednakowo, przydomki, przezwania. Nie figurują one w papierach, ale w życiu równie są ważne jak oficjalne nazwiska, równie potrzebne. I tak są Skłodowscy-Sędziki, są Schabiki, Nisiajki, Kabaty, Mojżesze, Wieprzczyki, Rochy, Paluchy, Biskupy…

​

    Tak o Skłodach i rodzie Skłodowskich pisał Jerzy Ficowski – poeta, cyganolog, powstaniec warszawski, działacz antykomunistyczny (zm. 9. maja 2006 r.). Wiele ciekawych cech wspólnych dla mieszkańców Skłodów funkcjonuje do dnia dzisiejszego. Nadal żyją tu potomkowie tamtych „Paluchów”, z których wywodzi się nasza słynna noblistka, czy „Schabków”. Nadal w języku obiegowym istnieją nazwy miejsc opisywanych przez Ficowskiego. Nie musimy się jednak domyślać co oznaczają i czy ich regionalna historia jest tożsama z faktami. Jeśli chodzi o dawne grody, to badania archeologiczne, choć pobieżne, pozwalają nam na potwierdzenie istnienia obszaru grodowego w Skłodach-Stachach. Stwierdzono tam obecność wałów obronnych, podobnie jak w Podbielu i Wiśniewie. Byłyby to mniejsze grody w systemie warowni przygranicznych, z których wyróżnić należy te większe; w Wiźnie, Ostrołęce, Łomży, Nowogrodzie, Pułtusku, czy też Święcku.

​

    Sami Skłodowscy, jak twierdzą językoznawcy wzięli swe nazwisko od Prusaków i zamieszkiwali okolice Andrzejewa na przełomie XIV/XV w. Przeważnie pieczętowali się herbem Jastrzębiec albo Dołęga. Pierwsza siedziba Skłodowskich podzielona została na trzy mniejsze miejscowości. W ten sposób powstały Skłody Magna, czyli Skłody Wielkie, Skłody Media (Średnie) i Skłody Parva, czyli Skłody Małe. Miejscowości te nadal istnieją w swoim bezpośrednim sąsiedztwie. Zmieniły się tylko ich łacińskie nazwy. Obecnie są to: Skłody-Stachy, Skłody-Średnie, Skłody-Piotrowice. Wielkość miejscowości bezpośrednio przekładała się na liczbę mieszkańców. I tak, pod koniec XIX wieku w Skłodach-Średnich było 16 domów i 82. mieszkańców. Od roku 1827. nieznacznie się rozrosły, gdyż miały wtedy 14 domów i 78. mieszkańców. W roku 1827. w Skłodach-Stachach było 13 domów i 82. mieszkańców. Około roku 1880. domów było o jeden mniej, a mieszkańców o sześciu więcej. Najmniejsze Skłody-Piotrowice będące własnością Piotra Skłodowskiego miały w roku 1827. cztery domy i 27. mieszkańców. Około roku 1880 ilość domów zmalała o jeden, ale ilość mieszkańców wzrosła do 33. Tyle możemy dowiedzieć się ze „Słownika geograficznego Królestwa Polskiego”.

​

     We „Wspominkach starowarszawskich” Jerzy Ficowski opisał jednego z „Biskupów” – Hipolita Skłodowskiego, zwanego po prostu „Hipem”. Warto przypomnieć tę barwną postać:

​

    Kiedy Hip-Biskup powrócił do Skłodów przed laty po rosyjsko-japońskiej wojnie, którą przebył w dalekiej Mandżurii, począł olśniewać swojaków opowieściami o „Kitajcach”. Słuchali go ludzie chętnie, bo pamięć miał dobrą, a gadanie tęgie. I właśnie przez to gadanie doszło kiedyś w zarębskim parafialnym kościele do zatargu między księdzem proboszczem a… Biskupem. A jak to było – opowiem. Do kościoła w Zarębach przylega podparty ciężkimi skarpami dawno już opuszczony przez mnichów klasztor. Na jednym z korytarzy klasztornych zebrali się ludzie wokół naszego Biskupa, wysłuchując po raz któryś tam opowieści o Kitajcach. Dowiedział się ksiądz o tym i z ambony zgromił Biskupa za to, że mu wiernych od kazania odciąga i na swoje kitajskie kazania zwabia. No, ale księża odchodzili, przychodzili nowi, a Biskup-Hip jak był, tak jest i o Kitajcach prawi po dziś dzień. Każdy proboszcz zaprowadzał swoje porządki, a jeden na parę lat przed ostatnią wojną takie zamaszyste sprzątanie urządził w klasztorze, że tylko nad Zarębami fruwały sadze z biblioteki poprzedniego zmarłego proboszcza, którą ksiądz kazał spalić. Było w niej wiele bezcennych książek, ale cóż? Proboszcz się na nich tyle znał, co nasz Biskup, który ani czytać, ani pisać nie umie…

​

    Zaczął Biskup swoją służbę w ruskim wojsku jako niespełna dwudziestodwuletni młodzieniec w tysiąc dziewięćset pierwszym roku. Najpierw stacjonował w Finlandii i do dziś – opowiadając o służbie w Gęsim Forcie – pewien jest, że się tak właśnie nazywa po polsku owo fińskie miasto. Dwa lata przeżył w „Gęsim Forcie”, opowiada o tamtejszych zasiewach w sierpniu i zbiorach w październiku, o czystości Finów i o dobrym, tłustym jedzeniu. A lata owe tak pamięta, jak by były tuż-tuż, jak by dopiero co minęły. I morze, co wchodziło głęboko w ląd, i zimne białe noce widzi jeszcze dokładnie. Ale Finlandia to tylko wstęp do jego odysei wojennej, to prehistoria Kitajców, wyłącznego niemal tematu jego gawędy, która się nigdy nie kończy. (…)

​

     Ichnie miasta kitajskie były otoczone wielkimi murami, że się wrogowi dostać do środka niełatwo. Jeden mur, potem pusto – jak stąd do tamtego drzewa – i znów mur. Na taką wojnę jak tamta to dobre było. A Japońce to waleczny, „chybitny” naród, chociaż raz przydarzyła im się taka przygoda: był z nami jeden dobrowolec z Petersburga. Japońce mieli samoloty, a Rusini – nie. I jak raz gruchnęło, to tego dobrowolca ogłuszyło całkiem. Dają mu jakiś rozkaz, on nic nie słyszy, myśli, że trzeba iść tam, gdzie ognisko widać rozpalone. Poszedł, a tam jeden Japoniec wieczerzę warzy, a inne śpią. Jak zobaczył tego dobrowolca, krzyk podniósł: a-la-la-la-la! I wszyscy uciekli, a dobrowolec wielkim zwycięzcą został i sam nie wiedział, co się stało i jak… Zdarzała się też dziwna zgoda na froncie. Jakeśmy stali nad rzeką, Japoniec po tamtej stronie wody a my – po tej, to łapaliśmy ryby na swoim brzegu, a oni – na swoim. I nikt do nikogo nie strzelał! Żeby ryb nie płoszyć…

​

   No, posłuchałoby się jeszcze, a tu już czas odejść. Żegnam się z Biskupem, ale to nic. Przyszedł jakiś sąsiad, są uszy do słuchania, opowieść o Kitajcach będzie się toczyć dalej. Po tamtych odległych czasach szły lata mniej odległe: wojna światowa, niemiecka niewola i znowu powrót do Skłodów, tym razem na stałe. Więc mimo fenomenalnej pamięci plączą się czasem kitajskie wspominki z niemieckimi. Nie dziw: przecież i tam, i tam – obczyzna. A najlepiej jest u siebie, w Skłodach. Już po żniwach. Na rżyskach – „przepiórka”: słomiane warkocze, pokładzione na ścierni starodawnym żniwiarskim zwyczajem i kawałki chleba dla przepiórek, na szczęście, na pomyślność przyszłych plonów. To są żniwa prawdziwe: i w porę, i ludziom dogadzające, i ptakom. Hipolit Skłodowski uważa, że tu – najlepiej, nie tak dziwacznie jak tam, gdzie chanzię piją zamiast gorzałki, czy tam, gdzie sieją w sierpniu, a zbierają w październiku – gdzieś pod Gęsim Fortem.

Snapshot_1_edited.jpg

© 2015 by "This Just In". Proudly created with Wix.com

bottom of page