Żydowska wojna

August 2, 2018

         Nowelizacja ustawy o IPN, która głosi, że karze grzywny, albo pozbawienia wolności do 3 lat podlega ten, kto publicznie i wbrew faktom „przypisuje Narodowi Polskiemu lub Państwu Polskiemu odpowiedzialność lub współodpowiedzialność za popełnione przez III Rzeszę Niemiecką zbrodnie nazistowskie określone w art. 6 Karty Międzynarodowego Trybunału Wojskowego” stała się kolejnym pretekstem do ataku na Polskę.

 

„Ta ustawa nie ma podstaw, jestem jej zdecydowanie przeciwny. Nikt nie może zmienić historii, a Holokaust nie może być negowany.” – stwierdził premier Izraela Benjamin Netanjahu, tym samym zarzucił nam, że negujemy Holokaust (!?) i zmieniamy historię (!?). Takich „premierów” jest znacznie więcej. Uruchomiona została cała machina, która ma za zadanie szkalowanie Polski na arenie międzynarodowej. Oszczerstwa i kłamstwa są tak olbrzymie, że czasami aż trudno sobie wyobrazić, że one naprawdę zostały wypowiedziane.

 

Jak już pisałem jakiś czas temu, ta ustawa nie miała praktycznie żadnej mocy prawnej. Stanowiła coś, co spokojnie można nazwać mianem "bubla prawnego". Niestety stało się coś znacznie gorszego od całej debaty nad nowelizacją. Rząd Polski po naciskach Izraela i środowisk żydowskich z USA, wycofał się z najważniejszych punktów ustawy. Ten haniebny krok skompromitował Polskę i w pewnym sensie potwierdził udział Polaków w mordowaniu Żydów.

 

"Oto kraj, który szczyci się tym, że uchwalił prawo, które według niego przywróci narodowi honor, a pół roku później anuluje je z podkulonym ogonem - powiedział Yaakov Nagel, człowiek, który negocjował zmiany w nowelizacji ustawy ze strony Izraela.

Dlaczego ludzie z Izraela mówią nam, jakie mamy wprowadzać ustawy we własnym kraju? Mało tego. Rząd Polski utajnił przed opinią publiczną, kto z ramienia naszego kraju brał udział w negocjacjach. Dowiedzieliśmy się tego z mediów izraelskich. Jest jeszcze inna zagadka. Dlaczego dyskusja odbyła się w siedzibie Mosadu, a nie na terytorium naszego kraju?

 

Wspólna deklaracja Polski i Izraela głosi m.in:

"Uznajemy i potępiamy każdy indywidualny przypadek okrucieństwa wobec Żydów, jakiego dopuścili się Polacy podczas II wojny światowej."

Haniebne słowa. Nie chodzi o to, że nie potępiamy okrucieństwa wobec Żydów, ale czy ktoś potrafi sobie wyobrazić, że w takiej deklaracji padłyby np. takie słowa:

"Uznajemy i potępiamy każdy indywidualny przypadek okrucieństwa wobec Polaków, jakiego dopuścili się Żydzi po okresie II wojny światowej."?

Oczywiście ani Izrael, ani jakikolwiek niepodległy byt państwowy na świecie nie zdobył by się na taką głupotę. Co innego Polska - chłopiec do bicia na zawołanie. W Norwegii ostatnio został pobity przez policję konsul naszego kraju. Kto słyszał o tym w naszych mizernych mediach? Jaka była odpowiedź naszego państwa? Jaka  by była odpowiedź np. Izraela? Pytanie retoryczne...

 

Izraelski Minister Edukacji stwierdził, że młodzież izraelska będzie miała lekcje z udziału Polaków w Holokauście Żydów i "szerokiej współpracy Polaków z nazistami"! - oto odpowiedź dla Polski w sprawie prawdy historycznej na temat Holokaustu.

Do opluwania Polaków dołączył również był ambasador Izraela Szewach Weiss, który stwierdził, że żołnierze Armii Krajowej mordowali Żydów.

Ani słowa o pomocy AK dla ratowania Żydów, czy pomocy finansowej Polskiego Rządu na uchodźstwie. Nic o negocjacjach z 1944r., podczas których Rząd Polski chciał wykupić od Heinricha Himmlera 300 tysięcy Żydów. Mamy być winni i w rezultacie za swoje winy zapłacić. Oczywiście, przede wszystkim finansowo.

 

Niestety, decydenci z PiS-u strzelają sobie w kolana kolejnymi fatalnymi posunięciami. Właściwie to już są na kolanach i czekamy do wyborów, żeby zobaczyć jak strzelają sobie w głowę. Nie trzeba być wielkim analitykiem, żeby stwierdzić, że poparcie dla tej partii spada drastycznie. Pomimo fatalnej, totalnej opozycji. Nie ma w tym nic dziwnego, ani zaskakującego. Socjalistyczne zapędy i uległość nigdy nie wyszły nikomu na dobre.

 

        Sztandarowym przykładem na antysemityzm i mordercze zapędy Polaków jest Jedwabne. Nie możemy się doprosić ekshumacji i wyjaśnienia sprawy bo... nie życzą sobie tego organizacje żydowskie. Z tym, że to nie jest koncert życzeń, tylko

poważna sprawa z poważnymi zarzutami. We wstępie do książki dr. Ewy Kurek napisano:

 

"Nie miejmy pretensji do Żydów za to, że od co najmniej 17 już lat Polacy są grillowani za Jedwabne, że opinia światowa ma już wątpliwości, czy przypadkiem obozy śmierci rzeczywiście nie były polskie. Za ten stan rzeczy odpowiadają polskie władze i my, Polacy, którzy tym władzom dajemy mandat do jej sprawowania. O prawo historyków do dokończenia podstawowych badań w Jedwabnem w postaci ekshumacji, o prawo do prawdy o wydarzeniach z lipca 1941 roku nie walczymy z Żydami, lecz z prokuratorem generalnym ministrem sprawiedliwości Rzeczpospolitej Polski."

 

        Nagonka na Polskę nasila się i właściwie codziennie możemy obserwować na świecie skalę kłamstwa, które rozprzestrzenia się i rośnie w siłę. Przy biernej postawie państwa polskiego. Kiedyś przyjdzie nam słono zapłacić za tę bierność. Właściwie to ona już zbiera swoje żniwo...

 

Zdaniem Instytutu Yad Vashem, który zajmuje się upamiętnianiem ludzi, którzy ratowali Żydów w czasie wojny "próba gloryfikacji pomocy udzielonej Żydom przez Polaków i prezentowanie jej jako powszechnego zjawiska, jak również próba pomniejszenia roli Polaków w prześladowaniu Żydów, są nie tylko sprzeczne z prawdą historyczną, ale także są wymierzone w pamięć o bohaterstwie Sprawiedliwych wśród Narodów Świata".

 

Bezczelne kłamstwa Instytutu (w latach 1972 - 93 kierował nim Icchak Arad, były członek NKWD) łatwo można obnażyć cytując badaczy żydowskich sprzed kilkudziesięciu lat (nim zrodził się "Przemysł Holokaust"), albo pamiętniki tych, którzy wojnę przetrwali. Jedną z takich osób jest Henryk Grynberg - człowiek, który ukrywał się między innymi w naszych stronach. Ocalał dzięki pomocy Polaków, choć nie ukrywał, że spotykał na swojej drodze ludzi chciwych i złych, przed którymi musiał uciekać.

  

        "Żydowska wojna, utwór, który zrodził się z osobistych doświadczeń i przeżyć autora w czasie okupacji, przedstawia dramatyczne losy garstki Żydów z podwarszawskiego miasteczka: ludzie ci, zaszczuci i ścigani, ukrywają się , by uniknąć eksterminacji. Przeżyć udaje się nielicznym. Obok dużych walorów literackich , które autor osiągnął dzięki prostocie i oszczędności stylu , Żydowska wojna ma także niepodważalną wartość dokumentalną, rejestruje bowiem z ogromną, niekiedy bolesną szczerością postawy i motywy, jakimi kierowali się Polacy, którym przyszło zetknąć się z tropionymi bezlitośnie Żydami."

 

        Henryk był wówczas małym chłopcem, który został rzucony w nie do końca

zrozumiały świat wojny. Jego ojciec wyróżniał się "swoim sposobem mówienia i bycia. Bo ojciec mówił jedynym w swoim rodzaju, niepowtarzalnym skrzyżowaniem mazowieckiej mowy ("un" lub "łun" zamiast "on" plus mazurzenie) z żydowskimi zaśpiewami i uproszczeniami w deklinacji... Innego sposobu mówienia po polsku nie znał ani nigdy przedtem nie potrzebował, bo i tak wszyscy go dobrze rozumieli."

Sytuacja się zmieniła, gdy trzeba było się ukrywać wśród gojów (Aryjczyków). Ważny był wygląd, sposób mówienia oraz znajomość katolickich modlitw. Wszystko to dawało szansę na pozyskanie fałszywych dokumentów, a w rezultacie ocalenie życia. Polskie Państwo Podziemne wydało dziesiątki tysięcy fałszywych dokumentów dla ukrywających się Żydów. Ogrom fałszywych świadectw chrztu wydali księża, za co część z nich straciła życie.

Grynberg zaznacza, że uzyskanie fałszywych dokumentów od polskich organizacji nie było problemem. "Chodziło nie tyle o pieniądze, co przede wszystkim o odpowiedni wygląd i sposób mówienia. Ale i bez "wyglądu" można było czasem z takimi papierami pojechać do Warszawy nocnym pociągiem, w którym nie palono świateł, i zamieszkać u umówionych ludzi w nie odwiedzanym przez nikogo mieszkaniu z wodą i ubikacją na miejscu."

 

"Lewe" dokumenty, jak pisze Grynberg pomagały też w drodze po pożywienie do okolicznych wiosek. Autor jakoś  nie wspomina, że każdy we wsi czyhał na ich śmierć i zaraz biegł zgłosić obecność Żydów na miejscowy posterunek policji. Wręcz przeciwnie:

 

"Słoń przyprowadził fotografistę również przed naszą ziemiankę. Wyszliśmy wtedy na wieś w biały dzień. Fotografista ustawił trójnóg na małej polance i rozpostarł białą płachtę, którą inni trzymali za rogi. Miał nawet z sobą wiadro z czystą wodą, bo trzeba było się ogolić i umyć."

 

       Henryk Grynberg ukrywał się u wielu polskich gospodarzy, którzy pomagali jego rodzinie z narażeniem życia. W innej swojej książce ("Dzieci Syjonu") napisał:

 

"W Małkini Niemcy bili Żydów i zabierali rzeczy, ale Polak, który jechał z nami w przedziale, oświadczył, że jesteśmy jego rodziną i w ten sposób uniknęliśmy pobicia. (...) W Małkini mama i ja stanęłyśmy tam gdzie chrześcijanie i w ten sposób przeszłyśmy, ale ojca nie mogłyśmy znaleźć. Dwa dni trzymano nas w pasie neutralnym, lał deszcz i grzęzło się w błocie. W końcu otworzono granicę i wraz z tłumem ludzi dostałyśmy się na drugą stronę. Doszłyśmy do Zaręb, a potem pociągiem dostałyśmy się do Białegostoku."

 "Za mostem [w Pułtusku] ojciec pokazał nam miejsce, gdzie spalono pięćdziesięciu Żydów, a wśród nich naszego wuja z rodziną, i choć Niemcy za nami strzelali, ojciec i kilku innych Żydów przystanęli i zmówili modlitwę za zmarłych. Kiedy szliśmy przez wsie, ludzie patrzyli na nas z litością i dawali nam chleb i wodę. Doszliśmy do Ostrowi, a stamtąd pojechaliśmy do Zambrowa."

 

Chociaż "Dzieci Syjonu" to opowieść powstała ze zlepków różnych świadectw żydowskich, spisanych w Palestynie w 1943 roku, to autor faktycznie ukrywał się również w Zarębach Kościelnych i innych okolicznych wioskach. Wspominał o tym Daniel Skłodowski:

 

"We wsi Świerże - Kończany znaleźli schronienie i ratunek Henryk Grynberg z matką, oboje przybyli z Warszawy, pozorowali rodzinę chrześcijańską, ona potajemnie uczyła miejscowe dzieci w zakresie szkoły podstawowej. Dużą pomoc tej rodzinie okazał zarębski wikariusz ksiądz Zygmunt Poniatowski."

 

Sam Grynberg pisał:

 

"Jechaliśmy furmanką całą noc, a rano przeprawiliśmy się przez rzekę. Wieś była rzeczywiście bardzo daleko i nikt nas tam nie mógł znać. Nazywała się Kończany. Była to długa wieś z pochylonymi nad wodą czarnymi drzewami, które wcale nie dodawały jej wesołego charakteru. A może tylko się tak wydawało, bo wiedzieliśmy, że była to nasza ostatnia wieś. Nie dlatego, żebyśmy przewidywali, że to tu właśnie się wszystko ostatecznie  rozwiąże i zakończy,  to mogliśmy najwyżej przeczuwać, ale wiedzieć, wiedzieliśmy tylko jedno - że stąd nie mieliśmy już więcej gdzie uciekać."

 

        Oczywiście we wsi ludzie się domyślali, że Grynbergowie, choć ze zmienionym nazwiskiem i fałszywymi dokumentami są Żydami. Po jakimś czasie znalazła się menda społeczna, która zaczęła drążyć temat. Jednak nie o żydowskość tu poszło:

 

"Ale pewnego wieczoru przyszła Kłodowska [raczej chodzi o Skłodowską] i powiedziała, żeby mama nie spała w domu.

- Co się stało? - spytała mam blednąc.

- Lepiej nie pytać.

- Niemcy?... Na pewno się dowiedzieli o lekcjach?...

- Nie...

- Więc co?...

- Nie mogę dużo powiedzieć, w każdym razie to nie o Niemców chodzi...

Wtedy mama zbladła jeszcze bardziej.

- Nie o Niemców chodzi, a o kogo?... Co ja im zawiniłam?! Przecież tylko uczyłam dzieci... Czego oni mogą ode mnie chcieć?! Od kobiety, która jest sama i z dzieckiem...

- Dlatego właśnie przyszłam... - powiedziała Kłodowska.

- Uczyłam dzieci! Czy uczyłam je źle?... Przecież uczyłam tak, jak tylko mogłam! Nawet pacierzy...

- Niech się pani uspokoi i nie traci głowy - powiedziała Kłodowska. - Od tego tutaj jesteśmy. Są ludzie, którzy nie dadzą pani zrobić krzywdy. Trzeba tylko na razie, na wszelki wypadek, nie nocować przez kilka nocy w domu. Ktoś oskarżył...

- Ale o co?!

- O to, że nie wszystko jest z panią tak, jak trzeba... Mówią, że nie jest pani tą, za kogo się pani podaje. Ludzie też mają swój rozum, swoje oczy i widzą. Sama pani rozumie. Powiedzieli, że jest pani... - spojrzała na mamę, która myślała, że już za chwilę usłyszy słowo, którego się najbardziej bała ze wszystkich słów, ale na ustach Kłodowskiej pokazało się coś na kształt lekkiego, smutnego uśmiechu - powiedzieli, że jest pani... szpiegiem - dokończyła. - Niech się pani nie boi - dodała cicho. - Ja nie wiem, kim pani jest, ale jestem kobietą i widzę, że pani chodzi tylko o własne życie i o dziecko, kobieta to od razu zrozumie... (...)

Zdaje się, że duży wpływ na to, ażeby zostawiono mamę w spokoju, miał ksiądz, któremu Kłodowska wszystko powiedziała."

       W tułaczym życiu uciekinierów, Grynbergowie ukrywali się u wielu gospodarzy, którzy im pomagali znaleźć schronienie i wyżywić się. Spotykali też ludzi chciwych, u których musieli milczenie kupić. Wśród nich byli również Żydzi. Ich szczęściem było to, że nie spotkali nikogo, kto zażądał by ich krwi i wydał rodzinę w ręce Niemców, albo zabił osobiście, bo i takie wypadki się zdarzały.

 

        Henryk Grynberg na łamach swoich książek opisuje znane sobie miejscowości, m.in: Ostrów Mazowiecką, Różan, Brok, Białystok, Zaręby Kościelne, Małkinię i inne bliskie nam okolice. Nie pisze, że Polacy byli źli, krnąbrni i czyhali na każdym kroku, aby zamordować ukrywającego się Żyda. Byli różni; jedni ofiarni, ryzykowali własnym życie, inni chciwi, nastawieni na zarobek.

Za "Żydowską wojnę" otrzymał Grynberg w 1966r. nagrodę literacką Kościelskich. Książkę przełożono na kilka języków, m.in. na angielski, niemiecki, holenderski i hebrajski.

 

 

 

Źródła:

- "Żydowska wojna", Henryk Grynberg 1989r.

- "Dzieci Syjonu", Henryk Grynberg 1994r.

- "Losy mieszkańców gminy...", Daniel E. Skłodowski 2004r.

 

Please reload

© 2015 by "This Just In". Proudly created with Wix.com