Święty Wyklęty - cz.I (2)

March 12, 2020

        Przez wiele lat zamordyzmu komunistycznego w Polsce, żołnierze podziemia niepodległościowego funkcjonowali w prasie i telewizji, jako pospolici bandyci; rabusie, gwałciciele, mordercy. Władza przyniesiona do Polski na sowieckich bagnetach, próbowała zniszczyć ich słowem, ale i fizycznie. Karą za krnąbrność i nieuległość, miał być ostracyzm, zapomnienie.

 

Do walki zbrojnej przeciwko „leśnym” kierowano zbrojne oddziały NKWD, UB, AL, KBW, MO…

 

Do niszczenia ich autorytetu wykorzystywano dziennikarzy, poetów, publicystów…

 

        Kim byli żołnierze, tzw. „leśni”? Po pierwsze trzeba zaznaczyć, że byli żołnierzami Wojska Polskiego, podlegającymi rozkazom władzy Rzeczpospolitej. Doskonale ujął to słowami Hieronim Dekutowski ps. „Zapora”, kiedy w roku 1947 komunistyczne władze ogłosiły amnestię dla ukrywających się żołnierzy podziemia. Major Dekutowski powiedział wówczas: „Amnestia to jest dla złodziei, a my to jesteśmy wojsko polskie”.

        Część żołnierzy skorzystała jednak z propozycji komunistycznej władzy i ujawniła się. Mieli dość krycia się po lasach. Chcieli wrócić do domów, do rodzin. Zaufali komunistom. Byli torturowani, bici i mordowani, a miejsc ich pochówków w dużej mierze nie znamy do dzisiaj. Jakże haniebne w tym kontekście są słowa prof. tfu Senyszyn, która powiedziała jakiś czas temu:

 

„Także ja uważam, że miałam akurat całkowicie odmienne pojęcie, niż ci tak zwani żołnierze – jak ich nazywam słusznie - wyklęci, z których ostatni jeszcze został tam zabity w ’63 roku, bo biedak nie wiedział, że się wojna skończyła.”

 

Otóż Ci „biedacy” doskonale wiedzieli, że wojna się nie skończyła, a kraj znalazł się pod nową, pod wieloma względami gorszą okupacją. Żołnierze podziemia niepodległościowego nie pogodzili się z sowiecką dominacją i terrorem. Stanowczo sprzeciwiali się okradaniu Polski i mordowaniu „najlepszych synów narodu”. Ich wyjście z lasu i ujawnienie się przed bandytami z Urzędu Bezpieczeństwa było równoznaczne ze skazaniem się na tortury i śmierć.

 

        Część żołnierzy, w miarę upływu czasu (co wiemy z meldunków), kiedy nie było nadziei na powrót do domu, a okoliczna ludność nie była skora do pomocy, posuwała się do przemocy. Jest to całkowicie zrozumiałe. Część, mając w ręku broń podjęła się procederu przestępczego. To ich działalność, spotęgowana przez komunistyczną prasę i pozorowane grupy przestępcze, które podszywały się pod polską partyzantkę spowodowała, że w społeczeństwie funkcjonują dwa obrazy żołnierzy, których wyklęła władza komunistyczna.

 

        Trzeba jednak zaznaczyć, że żołnierz podziemia, który został złapany na czynie hańbiącym mundur, musiał liczyć się z karą wyznaczoną przez przełożonego lub sąd wojenny. Znamy wiele przypadków, że nawet za drobną kradzież zapadała kara śmierci.

 

        Dzisiaj komuniści i lewactwo wszelkiej maści krzyczy, że czcimy morderców. Nie, czcimy żołnierzy podziemia niepodległościowego. Czy byli wśród nich rabusie, gwałciciele, mordercy? Oczywiście, że byli. Czy dzisiaj WP jest wolne od takich żołnierzy? Oczywiście, że nie. Czy wszyscy żołnierze, uczestnicy bitwy pod Grunwaldem, Kircholmem, Wiedniem, Berlinem, Monte Cassino itd. itd… byli kryształowo czyści? Oczywiście, że nie. Gdyby takich problemów w wojsku nie było, to czyny zabronione nie figurowałyby w Kodeksach Karnych wszystkich armii świata. A jednak to z żołnierzami wyklętymi jest problem. No, ale kto ma ten problem? Byli członkowie aparatu władzy komunistycznej, dzieci i wnuki siepaczy komunistycznych, albo ich duchowi spadkobiercy. Tak jak kiedyś żołnierze wyklęci walczyli z komunistami, tak teraz my walczymy z ich dziedzicami krwi i mentalności.

 

        Obecnie dzieci komunistycznych zbrodniarzy (złodziei, gwałcicieli i morderców) są goszczeni w telewizji i ponownie wyklinają żołnierzy polskiego podziemia. Niestety, ciągle przy braku zdecydowanych działań rządu. Tymczasem to właśnie sługusy sowieckiej dyktatury powinni być ścigani za zdradę. Kodeks Karny Wojska Polskiego ogłoszony 26.04.1957r. (wszedł w życie już 30.09.1944r.) stanowił tak:

 

„Art.  84.

§  1. Kto w czasie wojny działa na korzyść nieprzyjaciela albo na szkodę siły zbrojnej polskiej lub sprzymierzonej, podlega karze więzienia od lat 10 do 15 albo karze śmierci.

§  2. Kto, będąc obywatelem polskim, dobrowolnie przyjmuje obowiązki w wojsku nieprzyjacielskim, choćby przez wstąpienie do obcego wojska uzyskał obce obywatelstwo, podlega karze więzienia.

§  3. Jeśli sprawca bierze udział w działaniach wojennych przeciw Państwu Polskiemu, podlega karze śmierci.”

 

         Witold Pilecki w roku 1946 zapisał takie oto słowa (IPN BU 944/274):

 

„Polska racja stanu wymaga, by przede wszystkim dbać o element najlepszy – o tych, którzy patriotyzmem swym, ofiarnością i poświęceniem zdobyli sobie legitymacje najlepszych Polaków. W dzisiejszym układzie stosunków w Polsce – ci właśnie Polacy są systematycznie niszczeni. Do nich się stosuje wszystkie możliwe

szykany, areszty i zsyłki – oni bowiem stanowią trzon ruchu oporu przeciwko każdemu najeźdźcy. Już po zakończeniu działań wojennych z Niemcami – dawał się odczuwać brak Polaków gotowych do dalszej pracy dla Narodu, chociażby wymagała ona największych ofiar. Dziś – po dwóch latach okupacji bolszewickiej – stan ten uległ dalszemu pogorszeniu. Staczamy się po równi pochyłej i możemy dojść do stanu, w którym prawie cała ofiarna część narodu zostanie wyniszczona. Jesteśmy pod całkowitą władzą sowietów i nie trzeba się łudzić, że wszystkie ich sposoby i elementy akcji ujarzmiania nas – wrogich ich systemowi – będą zastosowane u nas. W interesie Narodu, a bezpośrednio Rządu RP jest ratowanie tych, których dosięgła łapa UB, a których ratować się da jeszcze. Mamy na myśli tych wszystkich, którzy cierpią za sprawę Polski w więzieniach i obozach, a których życiu zagraża bezpośrednie niebezpieczeństwo. Tym bardziej, że życie ich jest drogie dla Polski. Jeżeli proces niszczenia najlepszej części Narodu odbywać się będzie w tym tępie jak teraz przez okres kilkuletni, to w chwili obejmowania władzy w Polsce Rząd RP stanie wobec braku ludzi rozumiejących swe obowiązki w stosunku do państwa i przedstawiających odpowiedni poziom umysłowy i moralny. Obecnie masy Narodu, wtłoczone w system „demokracji”, system szalbierstw, zakłamania, gwałtu, oszustwa i panicznego lęku przed terrorem bezpieki – szybko się degenerują, szybciej niż pod okupacją niemiecką”.

 

        Żołnierze Wyklęci, to przede wszystkim ludzie przywiązani do Ojczyzny i wiary w Boga. Oczywiście nie wszyscy, ale to właśnie Ci, którzy powierzyli swój los i los Ojczyzny Bogu i jemu zawierzyli, szczególnie zapisali się w naszej historii. Do tego stopnia, że uważani są za świętych i coraz częściej mówi się o ich beatyfikacji. Jedni są znani szerszemu gremium odbiorców, inni prawie nie znani. Zapewne są też tacy, o których nigdy się nie dowiemy.

 

        Papież Jan Paweł II (11 XI 2003r. do delegacji NSZZ Solidarność):

 

„Wspominając datę jedenastego listopada nie mogę nie nawiązać do narodowej wolności, jaka zrodziła się tego dnia po latach zmagań, które kosztowały nasz naród wiele wyrzeczeń i ofiar. Ta zewnętrzna wolność nie trwała długo, ale zawsze mogliśmy się do niej odwołać w walce o zachowanie wolności wewnętrznej, wolności ducha. Wiem, jak bardzo drogi był ten dzień wszystkim, którzy w okresie komunizmu starali się przeciwstawiać programowemu zabijaniu wolności człowieka, poniżaniu jego godności i odmawianiu mu podstawowych praw. A potem z tego sprzeciwu zrodził się ruch, którego jesteście twórcami i spadkobiercami. I ten ruch również nawiązywał do jedenastego listopada, do tej wolności, która w 1918 roku znalazła swój zewnętrzny, polityczny wyraz, a zrodziła się z wewnętrznej wolności poszczególnych obywateli rozczłonkowanej Rzeczypospolitej i z duchowej wolności całego narodu.”

 

         Oto krótka historia z komunistycznego więzienia, opowiedziana przez Stanisława Pakułę:

 

„Siedział ze mną Kamiński Józef z Białostockiego, 1925 rocznik, który na szyi nosił medalik z Matką Bożą. Oddziałowemu Dudzikowi pochodzącemu z Szamotuł to się nie spodobało. Był to zwykły cham i bydlę. W 1949 r. , gdy wprowadzono tzw. „tolerancję religijną”, zakazującą uprawiania propagandy religijnej i prześladowania z powodów religijnych. Dudzikowi nie spodobał się ten medalik. Spojrzał na niego i zapytał - No co, wieszał się będziesz? - On odpowiedział, że to jego symbol wiary. - Dudzik wtedy - ja ci go każę zdjąć! - Kamiński odpowiedział, że nie zdejmie, bo ten łańcuszek matka mu dała! - Dudzik wtedy zerwał mu z szyi ten medalik. Kamiński, jak mu walnął, to ten fiknął dwa koziołki! Na oddziale ogłoszono alarm. Wszystkich zagoniono do cel, a Kamińskiego zostawiono na korytarzu. Myśmy w celi słyszeli tylko jego jęki - oj, oj! Do celi już nie wrócił. Gdy zapytaliśmy później Dudzika, co się z nim stało, ten oświadczył, że - Kamiński zmarł na serce! - Zakatowali go na śmierć. Później pantoflową pocztą dowiedzieliśmy się, że w więziennym szpitalu umierał jeszcze dwa tygodnie. Oprawcy odbili mu nerki i zanieśli do szpitala, żeby zdychał. Warunki życia we Wronkach były bardzo ciężkie.”

 

        Rotmistrz (pośmiertnie awansowany do stopnia pułkownika) Witold Pilecki, to najbardziej znany bohater wyklęty. Na ochotnika zgłosił się z misją utworzenia konspiracji w KL „Auschwitz”. Był jednym z nielicznych, którym udało się uciec z tego obozu koncentracyjnego. Rotmistrz Pilecki sporządził obszerny raport, w którym dokładnie opisał, co się dzieje za drutami kolczastymi opasającymi obóz koncentracyjny w Oświęcimiu.

Piszę o Nim dlatego, bo już za życia uważany był za osobę świętą. W projekcie pod patronatem Fundacji „Łączka” prowadzone były jakiś czas temu lekcje historii. Zatytułowane były: „Rotmistrz Witold Pilecki – święty polskiego patriotyzmu”.

 

        W liście do Kazimiery Daczówny, dotyczącym pielgrzymki do Kalwarii koło Wilna, Witold Pilecki pisał tak:

 

„…uważam, że tych kilka dni i trochę zmęczenia przyniesionych w ofierze jest bardzo małą cząstką wdzięczności za wszystko, co do Boga mam. Za słońce, kwiaty, lasy, za przyjemne i przykre, które znosząc staje się lepszym i najwięcej za to zrozumienie właśnie tego, że i przyjemność, i zmartwienie w gruncie rzeczy jest dobre, a nie tak jak tylko niektórzy z musu powtarzają, że „za wszystko trzeba dziękować Bogu”, ja to robię z przekonania.”

        Pilecki jest jedyną znaną nam osobą, która dobrowolnie zgłosiła się do samobójczej misji na terenie obozu koncentracyjnego. We wstępie swoich raportów z Auschwitz pisał:

 

„A że swe serce daję – jak mi powiedział jeden z przyjaciół…

Gdybyż tak było!

Gdybyż swe serce można było dać w ten sposób i dać je wszystkim ludziom. I gdybyż z tego wynikła dla nich jakaś prawdziwa korzyść…

Serca bym nie żałował”.

 

        W „Raportach z Auschwitz” rtm. Pilecki jawi się jako osoba skromna. Niewiele pisze o swojej niedoli i problemach, skupia się na innych:

 

„Najtrudniej jest pisać o sobie. W stopniu przedtem niespotykanym nawet dla siebie przechodziłem obok złota i kamieni (szlachetnych) obojętnie. Dziś, piszę o tym, znowu na ziemi, staram się dokładnie zanalizować dlaczego? Była to własność już raczej niczyja, tak tłumaczyli sobie więźniowie. Z tym tłumaczeniem nawet się wtedy zgadzałem. Lecz przede wszystkim nie mogłem się wyzbyć odrazy do rzeczy, w moim pojęciu jednak krwią splamionych, a poza tym , nawet jeśli bym się przemógł, nie widziałem sensu, po co miałbym to robić. Dziwnie dla mnie te przedmioty straciły wartość. A co więcej – wtedy byłem w takim jakimś okresie (czy to pod wpływem przeżyć, czy wymogów wiary, bo stale i zawsze byłem wierzącym), że naprawdę dla mnie cenniejsze  było zadowolenie z siebie, niż jakiś tam kamyk…”

 

W innym miejscu:

 

„Z tym wszystkim nurzamy się jeszcze w psychozie lęku (mam na myśli tych „normalnych”), by nie zrobić, powiedzieć coś wykraczającego poza ramy dla „przeciętniaków”, na co by się ci „normalni” zżymać zaczęli. A broń Boże być wyśmianym. Na przykład: widziałem takich, szczególnie mężczyzn, którzy niby są wierzący, a wstydzą się wyraźnie przeżegnać i robią coś w rodzaju namiastki znaku krzyża. Jest to doskonały przykład psychozy wstydu i lęku, żeby jakiś bałwan z tłumu – kolega – nie „podśmiał”. Raczej gnuśnieć w tłumie baranów, byle by się nie narazić na wytknięcie palcem, jako człowiek niezrozumiały dla przeciętniaków. Wcale nie znaczy to, że chciałbym siebie ponad innych wynieść”.

 

        W KL Auschwitz Witold Pilecki ciężko zachorował . Mroźna zima sprzyjała chorobom, które mogły skończyć się śmiercią. Nasz bohater nie zapomniał jednak o miłości do bliźniego. Zachował się niesamowicie, chociaż dla niego nie było to nic nadzwyczajnego; ot, zaufanie Bogu, miłość i współczucie:

 

„Wreszcie zarządzono odwszawianie. Nastąpiło to jednak dla mnie bardzo nie w porę. Miałem większą gorączkę. Wieczorem kazano nam się rozebrać. Ubrania nanizane na drut oddaliśmy do parowania. Potem nago szliśmy pod prysznic na blok 18 (stara numeracja) i nago na blok 17 (stara numeracja). Tam znów całą noc siedzieliśmy nago w kilkuset na Sali i było strasznie duszno. Rano rozdano nam ubrania i pognano na wiatr i mróz przez blok 3a. Płaszcz swój oddałem choremu wtedy również Antkowi Potockiemu. Ta noc mnie wykończyła”.

 

        Nawet w piekle stworzonym przez niemieckich socjalistów, Pilecki nie utracił wiary w Boga. Wręcz przeciwnie, to wiara pomogła mu przetrwać. Współosadzony Wincenty Gawron, który często rozmawiał z Witoldem, po latach pisał:

 

„Słońce za górami paliło się łuną zachodu topiąc cząstki swych blasków w naszych oczach. Ciepło tych zórz wprawiło nas obu w religijną ekstazę i na chwilę wznieśliśmy się duchem ponad ziemię. Tak on, jak i ja wierzyliśmy, że ponad naszym piekłem jest Ktoś potężniejszy od piekielnej nikczemności”.

 

        W więzieniu komunistycznym, strawą duchową dla rotmistrza Pileckiego były słowa Tomasza à Kempis, zawarte w małej książeczce zatytułowanej „O naśladowaniu Chrystusa”.

 

Tomasz à Kempis pisał m.in. tak:

 

„Chcemy, by innych karcono surowo, a sami nie chcemy być karceni.

Nie podoba nam się szeroka swoboda innych, a jednak nie chcemy, by nam odmawiano tego, o co prosimy.

Chcemy, żeby innych krępowano prawami, a sami zgoła nie znosimy, by nas więcej wzięto w karby.

Tak stąd widać, jak rzadko do bliźnich tę samą, co do siebie, przykładamy miarę. Gdyby wszyscy byli doskonali, cóż wówczas mielibyśmy do zniesienia od innych dla Boga?”

 

        Rotmistrz bardzo cenił sobie słowa Tomasza à Kempis. Jego książkę czytywał jeszcze przed wojną i uwięzieniem. Rady i pouczenia autora polecał żonie – „to da ci siłę!” – mówił – oraz dzieciom.

 

        Syn rotmistrza, Andrzej Pilecki wspominał takie zdarzenie:

 

„Któregoś dnia – zdarzyło się to może dwa lata po procesie – podszedł do mnie jakiś starszy mizernie wyglądający mężczyzna. Powiedział, że był więźniem kryminalnym na Rakowieckiej i roznosił jedzenie po celach. „Twojemu ojcu nosiłem miskę. Na dobrą drogę mnie nawrócił, ja już ludziom nie szkodzę, a mokrą robotą też się zajmowałem”. Opowiadał mi, że ojciec był skatowany, że wyrywali mu paznokcie, złamali oba obojczyki. Nie chciał jeść, tylko, jak to określił, rozmawiał  - z Bogiem”.

 

        Córka rotmistrza, Zofia Pilecka – Optułowicz:

 

„Wiara , nadzieja, miłość. Bóg, Honor, Ojczyzna. Gdy wspominam ten czas, widzę, że ojciec starał się przekazywać te drogowskazy, biorąc pod uwagę dziecięce pojmowanie spraw (…)

Pokazywał biedronkę i tłumaczył, że ona też jest częścią Bożego dzieła stworzenia”.

 

W innym wywiadzie, córka rotmistrza mówiła:

 

„Cały czas twierdzę i mam to przekonanie, że mój Ojciec był posłany przez Boga. Nie ma drugiego człowieka, który dokonałby takich rzeczy w ciągu tak krótkiego życia. To byłoby niemożliwe bez Bożej pomocy. On miał zadanie, które wykonał w stu procentach. A ostatni meldunek złożył właśnie Temu, który go posłał.”

 

        Jan Mierzanowski, kolega rotmistrza z Powstania Warszawskiego i obozu jenieckiego w Murnau:

 

„Ktoś, kiedyś nazwał Witolda „MISTYKIEM”. Chyba coś w tym było. Witold niewątpliwie uważał, że ma do spełnienia jakąś „misję”, że po to się urodził! Był jednocześnie nadzwyczaj prawym, wierzącym, uczciwym człowiekiem, który nie chował się za słowami – miał odwagę, by potwierdzić je stale czynem! Wspaniały, bardzo nieprzeciętny człowiek, ale chyba nie należał do naszej epoki.”

        Witold Pilecki po wysłuchaniu wyroku orzekającego karę śmierci, wypowiedział słowa zaczerpnięte od Tomasza à Kempis:

 

„Starałem się tak żyć, abym w godzinie śmierci mógł się raczej cieszyć niż lękać”

 

                                                                                       Czytaj dalej...

 

Źródła:

- „Wyklęci”, nr. 1 2016r.

- „Wyklęci”, nr. 3(7) 2017r.

- „Wyklęci”, nr. 1(9) 2018r.

- „Wyklęci”, nr. 1(17) 2020r.

- „W hołdzie…”, wyd. z okazji odsłonięcia pomnika płk. Cieplińskiego

- „Rocznik ostrowski”, nr. 2 (rok 2016)

- „Raporty z Auschwitz”, Witold Pilecki

- „Głos katolicki”, nr. 10 (866) z 10 III 2019r.

- „Duchowość i charakter Witolda Pileckiego”, Anna Mandrela

- „O naśladowaniu Chrystusa”, Tomasz à Kempis

- „Biuletyn IPN”, nr 6 VII 2001r.

- Kodeks Karny Wojska Polskiego

 

 

 

Please reload

© 2015 by "This Just In". Proudly created with Wix.com