W listopadzie 1918 r.



Dnia 11 listopada 1918 r. znajdowałem się w obozie wojskowym w Ostrowi Mazowieckiej jako podporucznik instruktor w Szkole Podoficerskiej. Rano przy śniadaniu gruchnęła wiadomość o kapitulacji Niemiec. Co będziemy robić – nikt nie wiedział, żadnych rozkazów jeszcze nie było. Wybiegłem na plac, gdzie akurat spotkałem mjra Mariana Kukiela, komendanta szkół. Podniecony wiadomością, zwróciłem się do niego z zapytaniem, co będziemy robić, czy nie należałoby zacząć od naszych doradców oficerów niemieckich i austriackich, tzn. rozbroić ich i na razie internować. Na to Kukiel podniesionym głosem oświadczył mi, że Polacy zawsze byli szlachetni wobec wrogów i on o żadnym rozbrojeniu ich nie myśli.

Wobec tego odszedłem i dowiedziawszy się, że w miasteczku Ostrowi jest jakiś ruch, postanowiłem udać się tam zaraz. Po drodze spotkałem dwóch kadetów (uczniów) Szkoły Podchorążych i wziąłem ich z sobą. Przed samym miasteczkiem spotkaliśmy dwóch niemieckich żandarmów jadących konno z karabinami przy siodłach. Momentalnie ich zatrzymałem i przemówiłem do nich po niemiecku, że „der Kaiser hat abgedankt, Exzelienz Beseler is abgefahren und Się müssen nach der Heimat”. Na końcu dałem im formalny rozkaz: „Absitzen und abschnallen”. Powiedzieli: „Bejehl”, zsiedli koni i oddali je nam oraz broń. Zaraz wsiadłem na jednego konia, na drugiego wsadziłem kadeta, który umiał jeździć konno i udaliśmy się do miasteczka.


Niemcy, 1918, Komorowo, Zambrów,
Ci panowie niedługo po zrobieniu tej fotografii musieli pakować się do domu.

Tu panowało oczywiście wielkie zamieszanie. Wszystkie biura niemieckie stały otworem, wszystkie biurka i szafy pootwierane, ludzie cywilni wchodzili i każdy brał co chciał. Pokręciłem się trochę, ale nie widząc nic do działania, poszedłem z kadetami na obiad do znajomych. Tu dowiedziałem się, że w niedalekim miasteczku Brok stoi niemiecki oddział wartowniczy. Postanowiłem udać się tam z moim konnym kadetem. Gdy wjeżdżałem do miasteczka, już było ciemno. Spostrzegłem jednego żołnierza niemieckiego i kazałem się zaprowadzić na „Ortswache”, która była na rynku. Zauważyłem, że Niemiec idący koło konia trząsł się, może z zimna? To dodało mi otuchy! Gdyśmy przyjechali na miejsce, kazałem żołnierzowi wywołać komendanta warty. Wyszedł starszy feldfebel, stanął na baczność i zasalutował, a za nim wysypali się żołnierze z wartowni. Znów wygłosiłem po niemiecku małe przemówienie propagandowe, że jest czas wracać do domu i kazałem złożyć broń i rynsztunek koło domu. Za ten czas poschodziło się trochę ludzi z miasteczka, między którymi zauważyłem jednego dowborczyka w swoim mundurze z jednym złotym szewronem na rękawie. Dałem mu polecenia, aby natychmiast wybrał 24 ludzi (tyle było karabinów na wartowni) pewnych, którzy służyli w wojsku i jako milicja, by zaraz objął utrzymanie porządku w miasteczku.

Teraz od nich dowiedziałem się znowu, że w pobliskiej wsi stacjonuje kompania niemieckiej piechoty. Hm, pomyślałem sobie, wprawdzie mam przy sobie tylko jednego kadeta, ale jak tak dobrze idzie, warto spróbować. Akurat zjawił się na miejscu, też konno, ppor. Stefan Rowecki. Wiedziałem, że z tymi cywilnymi ochotnikami nie ma się co Niemcom pokazywać, bo oni się cywilnym nigdy nie poddadzą, więc uradziliśmy tak, że pojadę do nich z moim kadetem, a Rowecki wsadziwszy na wozy kilkunastu ochotników będzie starał się mnie dogonić.



Wjechałem na szosę, noc ciemna, choć oko wykol. W ciszy nocnej słychać tylko tupot kopyt naszych koni. Wreszcie dojechaliśmy do tej wsi, ale chłopi zawiadomili mnie, że kompania nagle przed jakąś godziną wymaszerowała.

Znów wyjechaliśmy na gościniec, gdyż kompania pomaszerowała na stację kolejową do Małkini. Wreszcie usłyszałem tupot nóg i skrzypienie kół. Za chwilę rozróżniam w ciemności sylwetki Niemców. Są w pikielhaubach, karabiny z nasadzonymi bagnetami, idą w marszu ubezpieczonym. Widzę, że jednak nie będzie to łatwa sprawa i po ciemku odpinam futerał od pistoletu, bo muszę być gotowy na wszystko. Wołam po niemiecku: „Wo ist der Compagnie Fuehrer?” (gdzie jest dowódca kompanii?), Niemcy odpowiadają „Vorne” (na przodzie). Wozy jadą w środku kolumny, przy nich konni. Wreszcie dojeżdżam do dowódcy kompanii (straszy porucznik), który maszeruje za szpicą w towarzystwie młodego podporucznika i feldfebla. Oświetlam ich elektryczną latarką i wygłaszam moje przemówienie. Żołnierze z najeżonymi bagnetami otaczają mego konia, ale myślę, że trochę z ciekawości, aby usłyszeć, co ja mówię. Dowódca naradza się z podwładnymi, ale nie chce zatrzymywać kompanii i mówi, że ma rozkaz maszerowania do Małkini, gdzie ma przygotowany transport. Ale widzę, że żołnierze coraz więcej cisną się do mnie wychodząc z szyku. Powiadam do Niemca, że chyba zechce uniknąć rozlewu krwi, bo moja kompania niedługo nadciągnie.

Tymczasem jeden z żołnierzy, zapewne Polak z Poznańskiego, zdejmuje karabin z ramienia i stawia go na ziemi (wyraźne nieposłuszeństwo) mówiąc po polsku, że ma już dosyć tego i chce wracać do domu! Na to porucznik niemiecki krzyczy do niego „Się habend dem Kaiser geschwoert!” (przysięgaliście cesarzowi), ale już inni żołnierze zdejmują karabiny za przykładem tamtego. W tym momencie zjawia się konno Rowecki i woła do mnie, że nasza kompania już nadchodzi. Mówię to Niemcowi, który wreszcie zgadza się na kapitulację. Prosi o zezwolenie na zatrzymanie wozów z żywnością, jednego konia dla kapelana oraz 10 karabinów dla obrony w razie napaści. Zgadzamy się na te warunki, gdyż nie mamy siły, aby im odmówić.

Kazałem przybyłym ochotnikom rozpalić ogniska koło rowu i stanąć tam z karabinami. Teraz ich Niemcy zobaczyli, ale już po czasie. Żołnierze niemieccy podchodzili kolejno do rowu i składali broń i rynsztunek.

Rozbrojonych zostało 2 oficerów, 1 kapitan, 1 feldfebel, 124 szeregowych piechoty i 2 ułanów.

Niespodziewanie otrzymałem za ten czyn pierwszy Krzyż Walecznych.


Eugeniusz Quirini


 

Autor wspomnień, Eugeniusz Quirini urodził się w Milówce (Beskid Żywiecki) 29. lipca 1891 roku. Egzotyczne nazwisko zawdzięcza swemu włoskiemu pochodzeniu. Jego rodzicami byli Marian i Adela z Schimlerichów. Jako młody człowiek działał w tajnych organizacjach niepodległościowych na terenie Lwowa, gdzie uczęszczał do I Wyższej Szkoły Realnej, a później do Politechniki Lwowskiej.


Kiedy wybuchła Wielka Wojna zgłosił się do Legionów Polskich, gdzie służył w Pierwszej „Kadrowej”. Później był w 3. Pułku Piechoty II Brygady Legionów Polskich.


W 1918 roku miał stopień porucznika i w tej randze rozbrajał Niemców na terenie Ostrowi Mazowieckiej. Otrzymał za to swój pierwszy (z siedmiu) Krzyż Walecznych.


Quirini, Ostrów, Komorowo, 1918,
Chor. Quirini w okresie legionowym

W wolnej i niepodległej, ale nadal związanej konfliktami o granice Polsce awansował do stopnia kapitana. Służbę pełnił wówczas w szeregach 34. Pułku Piechoty. W okresie trwania wojny polsko-bolszewickiej ukończył kurs, dzięki któremu stał się oficerem dyplomowanym i awansował do stopnia majora Wojska Polskiego.


W roku 1926 pełnił funkcję oficera sztabowego a później, już w Warszawie był szefem Wojskowego Instytutu Naukowo-Wydawniczego.


Po wstąpieniu w związek małżeński w roku 1929 przez długi czas nie mógł doczekać się potomstwa. Syn Marian urodził się w roku 1932. Rok później urodziła się Krystyna. Druga córka Quiriniego, Danuta urodziła się w roku 1939.


W stan spoczynku przeszedł z końcem roku 1935.


W życiu cywila nadal udzielał się na poletku wojskowym, angażując się w wiele przedsięwzięć towarzysko-wojskowych.


W roku 1939 wcielony został do Biura Propagandy. Po opanowaniu Polski przez okupantów przedostał się na Francji, gdzie nadal działał na kierunku niepodległościowym. Jego brat Emanuel, który także był oficerem WP został zamordowany przez Sowietów w Katyniu.


W lipcu 1945 r. awansował na podpułkownika. W dwa lata później powrócił do kraju i zamieszkał w Krynicy-Zdroju, gdzie przez kilka lat był nauczycielem. Po uzyskaniu odpowiednich uprawnień został też tłumaczem przysięgłym języka angielskiego.


Pierś Quiriniego zdobiły tak cenne odznaczenia jak: Krzyż Złoty Orderu Virtuti Militari, Krzyż Srebrny Orderu VM, Krzyż Niepodległości, Krzyż Walecznych (siedmiokrotnie przyznany)…


Był także autorem kilku książek i tłumaczeń na język polski.


Ppłk dypl. Eugeniusz Quirini zmarł w Krynicy-Zdroju w maju 1978 roku.



 


Źródła:

- „Tygodnik Powszechny”, nr. 47 (1035)/196

- Wikipedia