Wigilia na Pawiaku


Najbardziej zdziczałym z oprawców niemieckich, wyżywających się w czasie okupacji hitlerowskiej na ludności polskiej, był niewątpliwie Bürckl, „Oberscharfürer” Pawiaka, nałogowy sadysta. Zwyrodniała wyobraźnia podsuwała mu bogate pomysły mąk, a nieograniczona władza nad kilku tysiącami bezbronnych mężczyzn i kobiet zezwalała na ich realizację. To też więźniowie bledli z trwogi słysząc jego kroki. Bürckl osobiście zadawał tortury, stawiał więźniów nagich na baczność pod natryskiem wrzątku, pastwił się ze szczególną rozkoszą nad młodymi dziewczętami, przedłużał cierpienia swych ofiar, odraczając jak najdłużej łaskę śmierci. Chorobliwie podniecony, nie przestawał pożądać widoku cudzej męki, jak pijak pożąda wódki. Był doskonałym okazem patologicznego zboczeńca, któremu sadyzm przeżarł mózg i nerwy.


A jednak w życiu tegoż samego Bürckla zdarzył się fakt dziwny, całkowicie autentyczny, którego świadkowie żyją dotąd i mogą prawdziwość opowiadania potwierdzić.

Pawiak, Warszawa, Holokaust,
Muzeum "Pawiaka" w Warszawie

Zbliżało się Boże Narodzenie 42 roku i Warszawa czyniła przygotowania do okupacyjnych, niewesołych Świąt. W Świętach Pawiak musiał brać udział. Miłość bowiem, jaką ludność stolicy otaczała więźniów politycznych, była wzruszająca i bezprzykładna. Dziesiątki tysięcy ludzi zastanawiało się nad tym, co więźniowie dostaną na Święta, więcej niż nad tym, co sami będą jedli. Przemycenie na Pawiak odpowiedniej ilości paczek stawało się najważniejszym zagadnieniem chwili. Część tych paczek szła jawnie przez Patronat Więzienny, pracujący niestrudzenie i ofiarnie z Lolą Danielewicz i Melchiorową Wańkiewiczową na czele – resztę wraz z „grypsami” i komunikatami z frontu przenosiły tajne bohaterskie oddziałowe Myszka Krysiakowa i Zofia Dollingerowa.


Dostarczone na Pawiak produkty składano w szpitalu więziennym na oddziale zakaźnym, do którego Niemcy bali się wchodzić, po czym lekarki – szczególnie „kolumna sanitarna” mająca możność poruszania się w więzieniu, roznosiły je tajemnie po celach. Ryzyko było śmiertelne, ale nikt na to nie zważał. Gdy „kolumna” t.j. Jadzia Jędrzejewska i Ludka nie mogły poradzić same, wkraczała „Nono” (dr. Irena Konowicz), znana z tego, iż potrafiła przenieść pod fartuchem dwa bochenki chleba i parę kilo boczku, zachowując przytem wyraz twarzy niezmącenie niefrasobliwy i naiwny, usypiający czujność każdego „wachtmeistra”. Pomagało ciche wspólnictwo strażników Ukraińców, Iwasia i Wasyla, łasych na datki i smakołyki, których im nie szczędzono, byle przymknęli oko w porę.


I tak w dzień wigilii nie było na Pawiaku ani jednego więźnia czy więźniarki, którzyby nie zostali obdarowani. Nawet do „izolatek”, odciętych od świata i surowo strzeżonych, dotarła bogata paczka świąteczna. Składały się na nią: boczek, kiełbasa, strucla z makiem, piernik, jabłka, orzechy, opłatek, życzenia imienne od rodziny i bezimienne od rodaków, od wielkiej wspólnej rodziny Polski Walczącej, oraz gałązeczki świerczyny przewitej złotą nicią.


Ludzie skazani na śmierć, oczekujący każdej godziny wykonania wyroku, ludzie skatowani, których gnijące rany powstałe z pobicia, okropne nekrozy, cuchnęły nie do zniesienia, czyniąc człowieka ohydnym sobie samemu, ludzie, którym się zdawało iż są duszami potępionymi – witali paczkę, zieloną gałązeczkę, opłatek i życzliwe słowa radośnie, niby stwierdzenie, że Bóg o nich nie zapomniał.


Gdy wszyscy byli już zaopatrzeni, personel szpitalny mógł pomyśleć o sobie. Składali się nań: dr. Hanka Czuperska, dr. Krystyna Dering, dr. Ania Sipowicz, dr. Marysia Kopeć, Wandzia Wilczańska, zarządzająca szpitala, wspomniana już „Nono” i „kolumna sanitarna”, oraz lekarze Zygmunt Śliwicki i ukochany przez wszystkich więźniów Feliks Loth.


Cała ta grupa pozostawała w więzieniu od pierwszych lat okupacji, wszyscy obciążeni poważnymi politycznymi sprawami, wszyscy posiadali wyroki śmierci, których wykonanie trwało w zawieszeniu, gdyż lekarze byli potrzebni. Wiedzieli, że [w] każdej chwili mogą zostać zlikwidowani i że nie mają żadnej nadziei z wyjścia z więzienia. Nic nie mogło pogorszyć ich losu i ta świadomość czyniła ich nieustraszonymi.


Szpital kobiecy i męski były centralą więziennego ruchu podziemnego. Tam przychodziły „grypsy”, komunikaty i tajnie przechowywana ostatnia pociecha konających: Komunia święta. Równocześnie, ta grupa lekarzy i lekarek-skazańców, mogła – gdyby chciała – uciec. Pewne okno parterowe miało przepiłowane kraty, trzymające się tylko na włosku, zasmarowane farbą dla niepoznaki… Spoić bardziej niż kiedykolwiek Ukraińców i – hajda! Na świat! Na wolny świat! Nie drżeć przed Bürcklem, zobaczyć swoich, zachłysnąć się powietrzem, zobaczyć zieleń inną niż suchotnicza akacja, widna [widoczna?] zza muru Pawiaka, stanowiąca jedyny sygnał, że wiosna nadchodzi lub, że lato mija… Naprawdę to było i łatwe i proste. A zarazem niemożliwe. Bo cóżby się wtedy stało z więźniami, z pracą, z siecią? Niemożliwe. I choć pragnęli żyć, i choć wszyscy byli młodzi, nie skorzystali z podpiłowanej kraty i oto teraz mieli obchodzić trzecią wilię [wigilię] więzienną.


Wieczerzę wigilijną postanowiono spożyć wspólnie w celi karetek. Impreza była w najwyższym stopniu niebezpieczna, grożąca w razie odkrycia śmiercią całego zespołu, ale nie takie szaleństwa robiono, poza tym Ukraińcy obiecali życzliwą neutralność, Bürckl został – jak dano znać z miasta – zaproszony przez Gestapo z Alei Szucha, co do „wachtmeisterów” zaś wiadomo było, że skoro Bürckla nie ma, będą woleli pić społem niż dokonywać nadliczbowych inspekcji. Od 11-tej do 1-szej w nocy nie pokaże się żaden z nich na pewno.


Stół był nakryty schludnie białym prześcieradłem, a stały na nim strucle, śledź, mak, miód, sałatka i różne przysmaki. Nawet wódka. I opłatki.


Zaczęli się nim łamać. Zaledwo wzięli w palce kruchą, białą substancję ogarnął ich czar. Stanęły przed nimi jak żywe, dawno pożegnane domy, ukochane twarze, spędzane niegdyś wspólnie wigilijne wieczory we własnym mieszkaniu, w zapachu jedliny, blasku świeczek, w radości i bezpieczeństwie. Te obrazy, tak odmienne od otaczającego ich piekła, że zdawały się zazwyczaj nierealne, ożyły, stanęły tuż… Obok zaś lic i oczu najdroższych, stłoczyła się falą wspomnień gromada towarzyszy i przyjaciół, którzy już odeszli i tych wszystkich, co tu, w murach tego więzienia, na ich rękach konali, tych młodych chłopców i dziewcząt co skatowani umierali, albo wyprowadzeni byli stąd na rozstrzelanie.


I żywi tak się zapatrzyli w te obrazy, że nikt z nich nie zauważył złowrogiego szczęknięcia kraty na dole, zamykającej oddział, ani nie posłyszał kroków, i ocknęli się dopiero, gdy drzwi otwarły się nagle i w progu stanął – Bürckl. On sam.


Śmierć Kostucha jawiąca się widomie zdałaby się przy nim zjawą słodką i kojącą. To było coś stokroć gorszego niż śmierć. To był Bürckl. Stał pokraczny, nabrzmiały i patrzył. Przy nim, na krótkiej smyczy, nieodstępny pies, straszna bestia, specjalnie tresowany, by jednym szarpnięciem kłów wyrywał mężczyznom jądra, kobietom piersi. Stoi przy panu błyskając okrutnymi ślepiami. Bürckl patrzy na obecnych, na stół zastawiony, na opłatek bielejący w zmartwiałych, skamieniałych z przerażenia dłoniach.


Jest cisza. Cisza pełna grozy. Słychać tylko pożądliwe dyszenie psa.


Tupot kroków na korytarzu. Jak rozjuszone byki wpadają Iwaś i Wasyl. Dowiedzieli się, że pan „Oberscharführer” poszedł na szpital i przerażeni możliwością ujawnienia ich wspólnictwa gotowi są tłuc, bić, pasy drzeć. Pies podniecony tym nastrojem szarpie niecierpliwie smycz, dławi się złością.


Lecz Bürckl daje znak Ukraińcom, by czekali na korytarzu, psu, by legł. Wilczur przysiada z żalem. Winowajcy stoją nadal znieruchomiali. Wszelka przytomna myśl uciekła im z mózgu, została tylko groza.


Groza rośnie z każdą chwilą. Czym dłużej Bürckl się namyśla, tym okrutniejszą mękę zada. Ach, gdyby ich po prostu teraz, tu, na miejscu zabił! Lecz tego nie uczyni. Co wymyśli? Może każe psu zagryźć ich po kolei? Może wyprowadzi na podwórze, obleje benzyną i podpali? Może pomaleńku obcęgami będzie im obrywał członki? Bo o ułaskawieniu nikt nie marzy. Bürckl i litość!? Mówią wprawdzie stare bajki, że kiedyś głodny lew uszanował niemowlę, lub że tygrys cofnął się przed łzami dziewicy. Ale to były dzikie zwierzęta, a tutaj jest Bürckl, wilkołak, szatan. I czują, że jeszcze chwila, a poczną wyć z trwogi. Jeszcze chwila, a padną na ziemię krzycząc nieprzytomnie: Kończ!!!


Minuty mijają, pies dyszy, Bürckl poruszył się. Podszedł do stołu, nalał sobie wódki, wypił. I znów stoi nieruchomo patrząc bezmyślnie przed siebie. Ukraińcy spoglądają po sobie ze zdumieniem, pies ziewa.


Cóż to się dzieje? Jakie moce zmagają się w tej chwili w celi? Czy Bürckl pijany? Ależ wtedy właśnie bywa najstraszliwszy. Czy oszalał? Chory? Czy może łopot anielskich skrzydeł zwiastujących o tej godzinie właśnie pokój ludziom dobrej woli, przeniknął grubą powłokę nałogu zbrodni i poraził kata echem jakichś prawd, dawno zapomnianych? Może Bürckl przeżywa ów moment Łaski, jakiego Bóg miłosierny użycza najprzewrotniejszemu łotrowi, moment, w którym można stanąć i zawrócić z drogi. Gdy niewidzialne dłonie pomagają w tym, głosy tajemne szepczą: zawróć, zawróć, odmień się!?


- Warum setzen Sie sich nicht? – Czemu nie siadacie?


Kto to powiedział? Kto wyrzekł spokojnie te proste słowa brzmiące w naprężonej ciszy niby: Pokój wam? Bürckl? Naprawdę Bürckl?


Oto bez słowa robi zwrot w tył i wychodzi. Pies ociąga się zawiedziony. Ukraińcy idą za psem, zatrzaskują drzwi celi. Po chwili na dole szczęka krata. Wyszli.


- Wyszli… - powtarza ktoś zdławionym głosem.


Wszyscy padają na krzesła, bo zwiotczałe nogi nie są w stanie ich utrzymać. Patrzą na siebie osłupiałymi oczyma. Prawda to, czy sen? Czy rzeczywiście był tu Bürckl i odszedł nie wyrządziwszy krzywdy nikomu? Czy naprawdę odszedł? Co się stanie jutro?... Jutro jest daleko. Tymczasem stał się cud, bo oto żyją, miast konać w mękach… Cud Bożego Narodzenia…


Dziwna odmiana Bürckla nie trwała dłużej niż noc wigilijna. Już nazajutrz „Oberscharführer” pędzał batem bosych mężczyzn po gorących żużlach, wygarniętych na ten cel z pieca, smagał na śmierć dziewczęta i własnoręcznie rozstrzeliwał skazańców. Pies miał zakrwawioną mordę. Ale do szpitala Bürckl nie zaszedł przez dziesięć dni, a gdy wpadł pierwszy raz z wrzaskiem, krzykiem, rozdając razy na prawo i lewo, nie napomknął ani słowem o wykrytej wieczerzy nigdy, nigdy, do tej sprawy nie wrócił. W spiętrzonej masie okrucieństw i zbrodni, epizod wigilijny pozostał oderwany i obcy. Może dlatego by, gdy w kilka miesięcy później, kat Pawiaka padł na rogu Marszałkowskiej i Litewskiej przeszyty kulami mścicieli Polski Podziemnej, dusza jego mogła krzyknąć” – Boże! Pamiętaj, że byłem kiedyś przez chwilę człowiekiem!!...


Autorką powyższego tekstu, zamieszczonego na łamach „Polski Walczącej” jest Zofia Kossak.


SS-Oberscharführer Franz Bürckl zlikwidowany został 7 września 1943 roku przez jeden z oddziałów dywersyjnych, ukrywający się pod kryptonimem „Agat”. Akcją dowodził starszy strzelec Jerzy Zborowski ps. „Jeremi”, a trwała zaledwie 1,5 minuty. Mszcząc się za jego śmierć, Niemcy zamordowali 36 więźniów.


Źródła:

- „Polska Walcząca”, nr 50-51 z 22. grudnia 1945 r.

- „Zośka i Parasol”, Aleksander Kamiński