Zajazd w Andrzejewie


W trudnych czasach peerelu wiele placówek użyteczności publicznej mieściło się w lokalach wynajętych od prywatnych właścicieli. Tak było w przypadku Spółdzielni Kółek Rolniczych, której biura mieściły się w nieistniejącym już domu przy ulicy Warszawskiej, czy też placówką pocztową, zajmującą część domu koło rynku w Andrzejewie, a wcześniej przy ul. Kościelnej. W prywatnym lokalu mieściła się Biblioteka Publiczna, Urząd Gminy, a nauczanie wczesnoszkolne odbywało się przy ulicy Pułtuskiej. Podobnie rzecz się miała z przedszkolem. Lokal od roku 1973 wynajmowany był od Państwa Żochowskich, mieszkających przy ulicy Kościelnej. Duży, murowany dom był dość dobrym miejscem na tego typu placówkę, ale jednocześnie był rodzinnym domem Żochowskich, którzy w nim mieszkali. W kwietniu 1983 roku właściciele powiadomili władze gminy, że z końcem roku szkolnego chcieliby odzyskać zajmowane przez przedszkole pomieszczenia. Gospodarz miał problemy z chodzeniem po schodach na piętro, które zajmowali, dlatego pomieszczenia położone poniżej były niezbędne do normalnego funkcjonowania. W okresie wakacyjnym Żochowscy wyremontowali mieszkanie, wstawili meble i cieszyli się większą przestrzenią. Jednak pod koniec wakacji do drzwi ich domu zapukały dwa czarne charaktery tej historii: naczelnik gminy Tadeusz Koc i dyrektor Zbiorczej Szkoły Gminnej Edward Wardaszka. Przekonali właścicieli domu, żeby pozwolili na utrzymanie przedszkola jeszcze przez jakiś czas. Uzgodniono go na cztery miesiące. Urzędnicy w tym czasie nie zrobili absolutnie nic, aby rozwiązać problem lokalowy. Toteż sprawa stanęła na ostrzu noża. Właściciele domu grzecznie przypominali, że kończy się okres umowy, ale naczelnik nie przejmował się tym za bardzo.

Dom Państwa Żochowskich

W grudniu 1973 r. w tle afery pojawił się budynek tzw. „Agronomówki”. Zamieszkiwał go naczelnik Koc, który nosił się z zamiarem opuszczenia budynku. W oczywisty sposób zwalniał się lokal na przedszkole. Nie było to jednak takie oczywiste dla towarzysza Koca. Ten już miał swój plan na dobry interes związany z budynkiem. Przydzielił go młodemu małżeństwu. Nowymi gospodarzami mieli być Dąbkowscy.


Na sesji Gminnej Rady Narodowej towarzysz Koc oświadczył, że lokal jest w złym stanie i nie nadaje się na przedszkole. Nazmyślał przy tym co niemiara. Nie pomogły nalegania przewodniczącego komisji Tadeusza Mrozowskiego. Naczelnik wiedział lepiej i miał wszystko pod kontrolą. Tak mu się przynajmniej wydawało.


Władysław Tocki w „Kontaktach” napisał:


W dzień sesji Żochowscy, zgodnie z umową, zamknęli przedszkole. Trzy dni później naczelnik zignorował swoje własne argumenty – o konieczności remontu oraz niekompetencji gminy w dysponowaniu agronomówką – i przydzielił ją, mieszkającemu w niezłych warunkach bezdzietnemu małżeństwu. W tym czasie personel przedszkola pozostał już bezrobotny. Matki musiały zabierać swoje dzieci do pracy.


Pierwszym sekretarzem Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej (PZPR) był wówczas, pochodzący z Gdańska Marek Kaczanowicz, który mieszkał w budynku Ośrodka Zdrowia w Andrzejewie. Ludzie na ogół dobrze go wspominają do dnia dzisiejszego. Sympatią darzony był także przez lokalnych działaczy NSZZ „Solidarność” i PSL-u. Nie mogąc dojść do porozumienia z Kocem powiadomił o zaistniałej sytuacji Komitet Wojewódzki w Łomży. Jednocześnie do łomżyńskiego Urzędu Wojewódzkiego zajechała Nysa 522 (w 1984 r. z taśmy produkcyjnej zjechał 300-tysięczny egzemplarz auta) wypełniona kobietami, które podjęły walkę o budynek „Agronomówki”. Wynikiem interwencji było uchylenie przez wojewodę decyzji naczelnika gminy. Do zbadania sytuacji oddelegowana została specjalna komisja.


Naczelnik nie zamierzał ustępować i wziął od lekarza zwolnienie z pracy. Chory jednak nie był. Pojawił się w urzędzie, aby dopiąć przekazanie budynku Dąbkowskim. Wieczorem przy budynku „Agronomówki” powstał mały ruch. Pojawili się Dąbkowscy, jakieś samochody… Czujni mieszkańcy Andrzejewa od razu zrozumieli co się dzieje. Była to ewidentna próba zajęcia budynku nocą i postawienia wszystkich przed faktem dokonanym. Wieść lotem błyskawicy rozeszła się po okolicy pocztą pantoflową i pociągnęła za sobą natychmiastową reakcję. Stąd na pierwszej stronie Łomżyńskiego Tygodnika Społecznego można było przeczytać:


- Wczoraj w nocy zajęłyśmy agronomówkę – trzeszczy w słuchawce kobiecy głos – nie ruszymy się z niej, choćby nas mieli wszystkie pozamykać.

Zajazd w Andrzejewie? 10 stycznia 1984 roku?

- Nie ruszymy się stąd – słyszę w parę godzin później, już na miejscu. – Zresztą, czy mamy inne wyjście?

Jakie wyjście ma Kotomska, Pałęcka, Sławińska [Sic! Powinno być Sołowińska], Zielonka? Co mogą zrobić inne matki?

Kobiecy głos w słuchawce należał do Stanisławy Z., która powiadomiła o zaistniałej sytuacji prasę. W rozmowie z W. Tockim porównywała wydarzenia w Andrzejewie do sierpniowych strajków wymierzonych w aparat państwowy. „- To taki nasz mały Sierpień” – mówiła.

Władysław Tocki skwitował to słowami:


W Andrzejewie Sierpień odezwał się dopiero w styczniu 1984 r. Wcześniejsze remanenty kończyły się tu zawsze mankiem tych, którzy próbowali je czynić. Lokalny układ zbyt mocno wiązał wspólny interes, by łatwo dało się w nim zrobić wyrwę. Połamali sobie na tym zęby i dziennikarze i grupy operacyjne.


Pamiętnej, zimowej nocy kobiety wzięły sprawy w swoje ręce. Najmniejszym problemem okazało się dostanie do budynku. Przy bliższych oględzinach okazało się, że jedno z okien jest uchylone, a klucz do drzwi jest w środku. To wyglądało prawie jak oficjalne zaproszenie. Zapewne nie dla młodych matek, ale tutaj sprawa rozgrywała się zgodnie z hasłem: „kto pierwszy, ten lepszy. Do nocnej akcji zaangażowany został deresz państwa Zielonków wraz z furą, którą przewożono meble z ulicy Kościelnej do „Agronomówki”. Akcji przewodniczyły kobiety, podczas gdy ich mężowie ubezpieczali całą operację w ukryciu. W razie wpadki mężczyzn skuto by w kajdanki, aresztowano i postawiono zarzuty karne, ale z kobietami trzeba było ostrożnie. Toteż mężczyźni (przede wszystkim Jan Z. i Tadeusz N.) ładowali meble i ubezpieczali transport, a ich małżonki przewoziły je na ulicę Srebińską. Inne kobiety nosiły naczynia. Odcinek drogi był dość długi, a jeszcze trzeba było iść okrężną trasą, aby nie wzbudzać sensacji. Ktoś jednak zawiadomił Milicję i na miejscu zjawił się radiowóz. Milicjant (nazwiskiem Papież) zapytał co jest wynoszone z budynku? Kiedy dowiedział się, ze nikt nic nie wynosi, a raczej wnosi, machnął ręką i odjechał.


Do rana przedszkole zmieniło lokalizację i o świcie pojawiły się w nim pierwsze dzieci z matkami. Oczywiście budynek zajęty był nielegalnie, a personel przedszkola nie był zatrudniony, ale kobiety nie zamierzały ustępować.


Niebawem pojawił się na miejscu kurator, przedstawiciel Wydziału Rolnictwa i Leśnictwa oraz prawnik z Urzędu Wojewódzkiego w Łomży. Po dłuższej dyskusji z miejscowymi aparatczykami i wizji lokalnej ustalono, że zbudowany zostanie nowy budynek, który przeznaczony będzie na przedszkole dla dzieci. Był to jednak scenariusz dość odległy w czasie, bowiem budowę przewidziano na koniec roku. Do tego czasu przedszkole miało pozostać w „Agronomówce” pod warunkiem, że zezwoli na to sanepid.


Stan budynku był dużym problemem. Naczelnik Koc z rodziną mieszkał bowiem w warunkach urągających człowieczeństwu. Smród, zgnilizna, odrapane ściany… Nad całością dominowała ogromna dziura w ścianie, przez którą był wgląd do… łazienki.


Tutaj, już oficjalnie i legalnie do pracy mogli włączyć się mężczyźni. Wymieniono część podłogi, zamurowano dziurę, poprawiono tynki. Ściany zostały odmalowane. Poprawiono piec grzewczy i cały szereg innych rzeczy. A to wszystko w ciągu zaledwie kilku dni.


Władysław Tocki mógł napisać w „Kontaktach”:


Od wczoraj, od dziesiątej, robią to już legalnie: komisja z Sanepidu i przedstawicielka Kuratorium wyraziły zgodę, by przedszkole mogło zacząć pracę w agronomówce od zaraz.

O dziesiątej dyrektor szkoły odebrał telefon z Kuratorium: „Proszę wysłać personel do przedszkola”.

Kobiety, które czuwały kolejną noc, błyskawicznie pomalowały kuchnię. Na następny dzień zamówiły malarzy.

Ktoś zaszpachlował pęknięcie.

Wacław Cichowski zwlókł się z elektrycznej poduszki i – lekceważąc łykniętą aspirynę – przystąpił do wymiany zamków i legara w podłodze. Na propozycję wystawienia rachunku wzruszył ramionami i wyszedł.

Stefan Dmochowski, choć nie ma już małych dzieci, sam przyjechał zaorać przyprzedszkolną działkę.

Naczelnik nie odpowiada im „dzień dobry”.


Naczelnik był nieugięty do końca. Nawet po decyzji wojewody nadal nie godził się na przedszkole w budynku „Agronomówki”. Władysław Tocki tak podsumował swój artykuł w „Kontaktach”:


Ostatni raz podążam do Urzędu Gminy. Siadam nad dokumentami sesji Gminnej Rady Narodowej z 29 grudnia ubiegłego roku. Po chwili staje nade mną naczelnik. Milczy. Mam ochotę zapytać go, dlaczego przez pół roku nie zrobił nic by przedszkole nie uległo likwidacji. Dlaczego okłamał radnych wyjaśnieniem, że Rada nie może dysponować agronomówką? Dlaczego wprowadził w błąd zebranych przy długim stole w Komitecie upartym twierdzeniem, że agronomówka to ruina, w której warunków dla przedszkola absolutnie nie ma; gdyby nie rzeczowość kuratora, cała gadanina mogła się skończyć na niczym. Dlaczego nie licząc się z ludźmi, za wszelką cenę chce postawić na swoim?

Pytać?

Wcześniej, na ulicy, spytałem: „Co zrobiłby pan, gdyby przedszkole rzeczywiście nie mogło się przenieść do agronomówki?” – „Byłoby tak, jak było. Żochowska musiałaby się ugiąć”. – usłyszałem i na słuchanie innych wyjaśnień zupełnie straciłem ochotę.

Straciłem także ochotę na rozmowę z ludźmi, którzy do niedawna lojalnie we wszystkim mu przyklaskiwali. Zbyt gorliwie jeden z nich wspierał go przy długim stole, a potem za jego plecami zbyt gorliwie wyjaśniał wątpliwości. Wiedział już, że naczelnik lada dzień odejdzie z Andrzejewa.

Dlatego wolę teraz siedzieć nad dokumentami; rzadko zmieniają skórę z godzinu na godzinę. „Wysunięto wniosek – czytam – o odznaczenie dla Naczelnika za duży wkład pracy w naszej gminie”.

Na odchodnym zawsze daje się jakiś krzyż. Na drogę.


Przedszkole, dzięki determinacji kilku kobiet, młodych matek znalazło się w pomieszczeniach „Agronomówki”. Po przeniesieniu placówki do innego budynku w „Agronomówce” nie działo się zbyt wiele. W 1988 roku pomieszczenia budynku zajęła Gminna Biblioteka Publiczna, ale ze względu na dość dużą odległość od centrum Andrzejewa niewiele osób tam zaglądało. Poziom czytelnictwa spadł drastycznie.


Później pomieszczenia były zagospodarowane na rodzaj „Klubu” młodzieżowego, gdzie odbywały się między innymi seanse filmowe odtwarzane z kaset VHS.


Dzisiaj budynek już nie istnieje. Został wyburzony wraz z garażem, który znajdował się tuż obok. Na jego miejscu jest boisko szkolne. W 2021 roku wyburzony został również budynek, do którego przeniesiono przedszkole z „Agronomówki”.

Andrzejewo, przedszkole,
"Nowe" przedszkole w trakcie rozbiórki.

Od pamiętnych wydarzeń minęło kilka dziesięcioleci. Ich uczestnicy w większości nadal żyją. Czas co prawda leczy rany, ale pamięć o zaciętych działaczach komunistycznych i tych opornych nadal jest żywa. Co więcej poparta dokumentami, które, wydawać się może niektórym, że zostały zniszczone, ale one są i nadal świadczą o minionych czasach. Czasach, w których niczym u Orwell’a trzeba było umieć odróżnić człowieka od świni.


Historia z przedszkolem, to nie klika zdań przelanych na papier. Dla wielu osób skończyła się uprzykrzaniem życia i szykanami psychicznymi. Komunistyczni aparatczycy byli mściwi. Krystyna N. została nawet wyrzucona z pracy. Ponieważ pracowała w sekretariacie szkolnym, była bezpośrednią podwładną dyrektora Zbiorczej Szkoły Gminnej E. Wardaszki. Ten był więc panem sytuacji. Tak by się mogło wydawać. Okazało się, że Pani Krystyna miała rodzinę w ministerstwie i szybko została przywrócona do pracy. Oczywiście nie była to miła i przyjemna praca. Bywało, że ze stresu i nerwów traciła przytomność.


Wielu tu jeszcze można by wspomnieć czerwonych konfidentów, którzy tuczyli się na cudzej biedzie i nieszczęściu, ale na to jeszcze będzie odpowiedni czas i miejsce. Nie z litości, ale braku niektórych dokumentów pomijam nazwiska tych, którzy w trudnych czasach PRL-u woleli być raczej „świniami” niż ludźmi. Historia wam tego nie zapomni!


Niestety nie posiadam ładnego zdjęcia "Agronomówki", więc proszę o podesłanie jeśli ktoś takowe ma i mógłby udostępnić.

portalwrona@vp.pl

 

Źródła:

- "Kontakty" z 5 lutego 1984 r.

- relacje ustne uczestników


11.02.2022r.