Stanisław Rembek
- 4 minuty temu
- 7 minut(y) czytania
Stanisław Ehrenberg urodził się w lipcu 1901 roku w Łodzi. Był synem Edmunda i Kazimiery z Osmanowiczów. Ehrenbergowie mieszkali w Łasku, ale gdy młody Stanisław miał osiem lat przeprowadzili się do Piotrkowa Trybunalskiego, gdzie podjął naukę w gimnazjum. Wykazywał talent pisarski, toteż pełnił funkcję redaktora szkolnej gazetki „Razem”. Był też harcerzem i aktywnie uczestniczył w życiu miasta jako polski patriota. Chociaż dziadek Stanisława zmienił nazwisko na Rembek, ten urodził się jako Ehrenberg, ale posługiwał się danymi Stanisław Edmund Rembek.
Kiedy wybuchła Wielka Wojna w 1914 roku, Stanisław zaczął prowadzić dziennik pamiętnikarski, w którym odnotowywał wydarzenia wojenne w Piotrkowie Trybunalskim. Po spotkaniu z piechurami poznańskimi zanotował:
Przed naszym domem dwóch poznaniaków śpiewało, idąc w nogę: Jak to na wojence ładnie… Wielu z nich opowiadało, że im ojciec lub dziadek zabronił strzelać do braci służących w wojsku rosyjskim.

W roku 1918 wstąpił do tajnej Polskiej Organizacji Wojskowej (POW), która optowała za władzą Józefa Klemensa Piłsudskiego, będącego głównym komendantem POW do 1917 r. Po jego uwięzieniu, w czasie przystąpienia do organizacji Stanisława Rembeka funkcję komendanta głównego pełnił płk. Edward Rydz (ps. „Śmigły”). Brał udział w manifestacjach a później w rozbrajaniu żołnierzy austriackich w rodzinnym mieście. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości wystąpił z POW, która i tak była w powolnej likwidacji, gdyż struktury wikłały się w konflikty, których chciał uniknąć. Spytany przez dowódcę o powód odejścia, oznajmił:
W ogóle o ile możności chciałbym uniknąć konieczności strzelania do ludzi, a już stanowczo nie będę strzelał do Polaków. Uważam poza tym naszą organizację jedynie za środek do zdobycia wolności, gdy więc ta została odzyskana, straciła ona w moim rozumieniu rację bytu.
Przełożony najwyraźniej nie pogodził się z decyzją Stanisława, gdyż nakazał go aresztować. Okazało się, że jest nieletni i nie składał przysięgi, więc został zwolniony.

Rok później zaciągnął się na ochotnika w szeregi Wojska Polskiego i otrzymał przydział do artylerii przy 1 Baterii 10. Kaniowskiego Pułku Artylerii Lekkiej, z którą brał udział w wojnie z bolszewikami. W tym czasie także prowadził notatki, które zostały opublikowane już po jego śmierci, jako „Dzienniki. Rok 1920 i okolice”. Oto fragmenty:
Dziś niedziela, więc wierzymy na podstawie ciągłych doświadczeń, że nasza bateria powinna dostać cięgi od bolszewików, jest to bowiem dla nas dzień feralny. W niedzielę wyjeżdżaliśmy z Mejszagoły, gdzieśmy mieli bardzo dobrze, w niedzielę przełamano nam front pod Hermanowiczami, w niedzielę napadli nas kozacy pod Mytem i w niedzielę ostrzeliwano nas na drodze do Sokółki. Tymczasem dzisiejszej nocy zmieniliśmy pozycję. Wczoraj strzelaliśmy ciągle seriami bateryjnymi, plutonowymi i dwa razy kośbą całej baterii po 5 pocisków. Oddałem 60 strzałów. Pod wieczór zasnąłem w namiocie, bo deszcz lał bez przerwy. Obudzono mnie zaraz, bo bateria szykowała się do odwrotu. Sprowadzono przodki ze wsi i szybko się spakowaliśmy. Bolszewicy odparli 30 p. strzelców kaniowskich i przeszli Narew w bród, niedługo jednak odparł ich 29 pułk. Zostaliśmy więc na noc, ale nie mieliśmy już namiotów. Deszcz bił wściekle. (…)

Pod Faszczami oddałem tylko 12 strzałów. Inne działa biły więcej. Nad ranem ruszyliśmy do wsi Kalinowo-Solki, gdzie stał cały dywizjon. Staliśmy bezczynnie, chociaż na całym froncie wrzała bitwa. Wystawiliśmy tylko na drodze wedety przeciwko kawalerii. Przed południem pojechaliśmy do wsi Kalinowo-Czosnowo, gdzie daliśmy parę serii plutonem. Wystrzeliłem 3 pociski. Potem ruszyliśmy z 41 suwalskim pułkiem, który przebił się na drugą stronę frontu, żeby uderzyć na bolszewików od tyłu. Niestety, ci spostrzegli się i okopali pod wsiami Czarnowo-Byki i Undy-Czarnowo. Wyjeżdżając z lasu, wpadliśmy niespodzianie w ich ogień. Skręciliśmy w miejscu pod las na odkrytą pozycję. Pierwsze zajechało trzecie działo i zaraz rozpoczęło ogień pod komendą dowódcy. Następnie zajechało moje, jako drugie plutonu. Wskutek nieporozumienia kazano mi postawić tykę jako cel pomocniczy. Omal nie postradałem przez to życia, bo moja armata wystrzeliła do mnie i pęd pocisku porwał mnie z sobą. (…)

Dziś rano ruszyliśmy z 28 pułkiem do Zambrowa. Za tym miastem zatrzymaliśmy się na szosie do Wysokiego Mazowieckiego, dopóki nie otrzymaliśmy amunicji. Potem zajęliśmy pozycję koło koszar. Punkt obserwacyjny był na wieży kościelnej. Przez cały czas od Wysokiego Mazowieckiego jechały wozy z rannymi. Jakiegoś konającego spowiadał kapelan, idąc nachylony za wozem. W przeciwną stronę jechali ochotnicy samochodami ciężarowymi. W tej chwili za koszarami słychać armaty i karabiny maszynowe [3. sierpnia, wtorek].
Piątego sierpnia i w ciągu kilku kolejnych dni 1920 roku, autor zanotował:
Gdyśmy gotowali sobie wczoraj ziemniaki, nad piechotą i taborami, stojącymi koło koszar, niespodzianie pękły dwa szrapnele. Powstała wrzawa, tabory uciekły, a piechota schroniła się pod ścianami. Artyleria bolszewicka biła w nią jeszcze przez pewien czas, ale nie donosiła, jak mi się zdaje. Tymczasem my zmieniliśmy front baterii i zaczęliśmy strzelać. Dałem pięć strzałów, inne działa też pewnie nie więcej. W nocy, gdy stałem na warcie, przyszedł rozkaz z dywizjonu, i ruszyliśmy szosą do Ostrowi Mazowieckiej. Po drodze zatrzymaliśmy się, żeby odeprzeć bolszewików, którzy zaszli nam drogę. Staliśmy na drodze i patrzyliśmy, jak tyraliera piechoty wdzierała się na pagórki pod ogniem granatów bolszewickich. Prawie po każdym wybuchu robiły się szerokie wyrwy, bo najbliżsi sąsiedzi porażonych uciekali do tyłu. Zawracano ich okrzykami od naszej kolumny:
- Uciekaj, bo cię zabiją!

Mimo wszystko piechota przedostała się na drugą stronę wzgórz. (…)
Na jakie cztery wiorsty przed Ostrowią zatrzymaliśmy się w lesie na obiad. Wtem na przedzie wybuchła straszliwa strzelanina karabinów ręcznych i maszynowych. Na szosie zaczęli padać zabici i ranni. Przygalopował do nas dowódca 29 pułku, major Walter i zażądał od naszego dowódcy jednego plutonu. Na to porucznik porwał moje działo. Ruszyliśmy szosą, na której panowało jakieś krwawe piekło. (…)
Nie mieliśmy pojęcia, w którą stronę nasi się przebili. Na szosie nie było żywego ducha. Leżały tam tylko wozy z pozabijanymi końmi i trupy naszych żołnierzy wśród krwawego śmietnika szarpi, bandaży, części oporządzenia i kałuż krwi. W jednym miejscu leżało aż czternastu. Widziałem z bliska trzech: dwóch miało przestrzelone głowy, a trzeci serce. (…)
Potem ruszyliśmy kłusem do Ostrowia wśród zapóźnionych taborów. Po drodze zabraliśmy na opróżniony wóz amunicyjny zabitą jałówkę, która przy tej sposobności zalała mnie swoją posoką od stóp do głów. Oddałem 136 strzałów. Armata była tak rozpalona, że nie można było założyć kapturów. Przez cały czas bitwy męczyło mnie pragnienie, w Ostrowi więc skoczyłem przez obalony płot do jakiegoś sadu, żeby zdobyć parę jabłek. W tej chwili w mieście wybuchła strzelanina. Okazało się, że zostało tam jeszcze trochę bolszewików po domach. Pobiegłem z karabinem za jakimś piechurem. Na chodniku wymalowany był napis: „Idź na front!”. Z domu naprzeciw wyleciał oknem z pierwszego piętra trup jakiegoś czerwonego oficera w brunatnym ubraniu. Podobno został on zakłuty bagnetami przez naszą piechotę. (…)
Dziś rano przybyliśmy do Trzcianki. Były tam już porządne okopy i stały posterunki żandarmerii, zbierające wszelkich łazików. Zajęliśmy pozycję za wsią na południe od szosy.

W dalszej części „Dzienników” autor opisuje potyczkę pod Trzcianką z udziałem generała Józefa Hallera, a później pogoń za bolszewikami przez Radzymin i Wyszków.
W styczniu 1921 Rembek został zdemobilizowany i powrócił do przerwanej nauki. Zdał maturę w Gimnazjum im. Bolesława Chrobrego i podjął studia na Uniwersytecie Warszawskim. Był w tym czasie słuchaczem na wydziale publicystyczno-dziennikarskim w Szkole Nauk Politycznych i pracownikiem redakcji „Harcerza” (później „Ognisko”). W piśmie opisywał między innymi swoje doświadczenia wojenne. Nie został jednak zawodowym pisarzem, ani dziennikarzem. Po ukończeniu studiów pracowała w zawodzie nauczyciela w Radomiu, Łęczycy, Piotrkowie Trybunalskim i innych miejscach. Pracował też w „Robotniku” i od 1925 roku zajmował się działem literackim pisma.
Napisał powieść pt. „Nagan”, którą uznaje się za debiutancką w życiu pisarskim Rembeka. Wywołała ona ogólnopolski skandal, a sam autor pozyskał wielu przeciwników. Za to zarobił dość pieniędzy, aby udać się w podróż do Algieru. Inaczej było z wydaną w 1937 r. powieścią „W polu”, która spotkała się z dużym zainteresowaniem i wieloma pochwałami.
W 1935 roku ożenił się z Marią Dehnelową, z którą miał dwie córki: Zdzisławę i Marutę. Ponadto pasierbicę Marię Magdalenę Stępniewską, która wydała jego zapiski już po śmierci autora. W tym samym roku powrócił do Zambrowa, ale nie jako żołnierz w służbie czynnej, ale uczestnik kursu oficerskiego. Po jego ukończeniu uzyskał stopień podporucznika rezerwy.

W chwili wybuchu wojny z Niemcami i Słowacją w roku 1939, Stanisław Rembek mieszkał z rodziną w Grodzisku Mazowieckim. Przeżycia związane z pierwszymi dniami wojny opisał później w opowiadaniu „Wrzesień”. Jako członek Straży Ogniowej brał udział w ratowaniu ludzi uwięzionych pod gruzami bombardowanych kamienic i domów oraz gaszeniu pożarów. Od stycznia 1940 r. prowadził kolejny dziennik ze swoimi spostrzeżeniami na temat okupacji. Aby przetrwać wyprzedawał cenniejsze przedmioty rodzinne i jak niejeden Polak handlował czym popadnie. Był nauczycielem tajnego nauczania i członkiem Armii Krajowej. Pomagał ukrywającym się Żydom.
Stanisław Rembek („Dziennik okupacyjny”):
Udało nam się po długich targach sprzedać rower Wandzie Packównie za pół korca pszenicy, pół korca jęczmienia i trzy ćwiartki ziemniaków. Zmełłem na ręcznym młynku 3 kg pszenicy. Pracowałem przy tym bez przerwy jakieś cztery godziny.
Opisał proceder „łapanek” ulicznych i egzekucje. Oto jeden z takich zapisów:
W samej Warszawie ofiary idą w coraz większe setki i tysiące. Skazanym ściąga się najpierw krew do transfuzji, potem się ich kąpie, strzyże i wreszcie wyprowadza w papierowych ubraniach i drewnianych chodakach albo nawet boso z zalepionymi jakąś papką ustami. Rozstrzeliwuje się ich z broni maszynowej, a potem dobija pojedynczymi strzałami. Trupy wywozi się natychmiast samochodami. Zdumiewający jest stosunek ludności niemieckiej do tych okropności. W jednym wypadku widziano np. dwie szesnastoletnie sanitariuszki, zaśmiewające się do łez w czasie ładowania trupów i deptania przez żandarmów rozsypanych kwiatów i zapalonych świeczek na świeżej krwi.

Zastrzelenie przez Polskie Podziemie kanalii, policjanta Stanisława Kłosa w Grodzisku Mazowieckim zainspirowało Rembeka do napisania powieści „Wyrok na Franciszka Kłosa”, która ukazała się drukiem w roku 1947. Po wielu latach zekranizował ją Andrzej Wajda.
„Biuletyn IPN”:
Po wojnie autor, który dotychczas tworzył książki tylko o wojnie polsko-bolszewickiej, nie miał w ustroju komunistycznym żadnej, by tak rzec, racji bytu. Pozwolono mu przeżyć. Nie miał chyba większych złudzeń co do bycia pisarzem w tych warunkach, zwłaszcza do możliwości publikowania swych utworów. Ostatnią powieść udało mu się wydać, gdy nie zamknięto jeszcze prywatnych wydawnictw. Później ograniczył się do literatury historycznej, opowiadań o Powstaniu Styczniowym i czasach Konfederacji Barskiej. Związał się z wydawnictwem PAX i tylko ono wydało mu tom Ballada o wzgardliwym wisielcu i dwie gawędy styczniowe, a później wznawiało też Wyrok na Franciszka Kłosa. Po wydaniu powieści W polu w paryskiej „Kulturze” w 1958 r., w kraju zapadła głucha cisza o pisarzu. Dopiero po 1989 r. wydano wszystkie jego powieści, a także dzienniki wydobyte z rękopisów oraz opowiadania niedrukowane dotąd lub rozsiane po czasopismach, w szczególności świetne obrazki z Powstania Warszawskiego. Nie doczekał już tego, podobnie jak nie doczekał ekranizacji swych opowiadań styczniowych Szwadron w reżyserii Juliusza Machulskiego i Wyroku na Franciszka Kłosa w reżyserii Andrzeja Wajdy. Nie doczekał też niepodległości. Powinien być oczywiście bardziej znanym i docenianym pisarzem, nie był jednak człowiekiem pechowym: przeżył wszystkie polskie wojny, jakie nam się zdarzyły w XX w., i wyszedł cało z wielu niebezpieczeństw.

Żyjącemu w biedzie pisarzowi pomagał w czasach komuny znany polski narodowiec Bolesław Piasecki, współzałożyciel Ruchu Narodowo-Radykalnego „Falanga”. Doprowadził do publikacji (1956 r.) w Instytucie Wydawniczym PAX zbioru opowiadań Rembeka pt. „Ballada o wzgardliwym wisielcu oraz dwie gawędy styczniowe”. Wdzięczny autor zadedykował książkę: „Bolesławowi Piaseckiemu jako ubogi dowód pamięci o wytrwałej pomocy okazanej w najcięższej epoce życia poświęcam”.
Stanisław Rembek zmarł 21 marca 1985 roku w Warszawie i spoczął na cmentarzu powązkowskim.
Źródła:
- „Dzienniki. Rok 1920 i okolice”, S. Rembek
- „Biuletyn IPN”, nr 9/2019 r.
- „Dziennik okupacyjny”, S. Rembek
- „Panorama Łaska”, VIII 2022 r.
Zdjęcie Rembeka z Wikipedii


Komentarze