Żołnierski humor, cz. I



W Zambrowie nocowaliśmy po prywatnych domach na strychach. Było nam tam potwornie gorąco, ponieważ grzały kominy.

Nazajutrz wyruszyliśmy do Ostrowi Mazowieckiej. Pierwszą przerwę w marszu poświęciliśmy na: „Rozejść się. W prawo wystąp!” Kto nie widział kilkuset chłopa kucających w szczerym polu na śniegu z karabinem przewieszonym przez szyję i z plecakiem na plecach, ten nie wie, co jest śmieszne. Było to najlepiej nawiezione pole w województwie. (…)


„Ale serce boli”, Sławomir Lindner


 

Isenekev uważał, że szkolił się „do tego długo i twarde to było szkolenie; nie chciałem, żeby mnie zostawiono”. I o mało nie został. Usiłując zapalić prowizoryczny piecyk na ropę używany do ogrzewania wody, wrzucił płonącą zapałkę do pojemnika z ropą. Widząc, że nic się nie dzieje, opowiada Isenekev, „pochyliłem się nad nim, by zajrzeć do środka, i wówczas nastąpił wybuch”. Chwilowo oślepiony, w tej samej chwili pomyślał: „No i zapaliłem. Nie pozwolą mi lecieć”. Jednak w ciągu kilku minut oczy przestały piec i znowu mógł widzieć. Uważa, że był jedynym spadochroniarzem 101. Powietrznodesantowej, który trafił do Holandii bez brwi.

„O jeden most za daleko”, Cornelius Ryan



 

...Aleksander Pszczyński, prawie zupełnie nie znający języka polskiego, ale za to posiadający ogromne zdolności lingwistyczne, zadziwiające nawet wojennych obieżyświatów, cyzelujący jego polszczyznę na wzór własnej, żołnierskiej gwary. Szczególnie zaś był zaskoczony dowódca batalionu, pułkownik Bronisław Chruściel, prowadzący taką oto rozmowę ze stojącym na warcie Pszczyńskim, swoim podwładnym (relacja pochodzi od Pszczyńskiego):

„- Stoję nad morzem. Nudno, cholera mnie bierze. Nadchodzi pułkownik. Zameldowałem się, a on zafundował mi grabę.

- Jak się pan czuje , panie Pszczyński? – pyta.

- Jak k... w deszcz, panie pułkowniku – odpowiedziałem

- A po co pan tu stoi?

- A h... go wie, panie pułkowniku – odparłem w dobrej wierze. Pułkownik był trochę zdziwiony, lecz odszedł, nic nie powiedziawszy.


„Na ścieżkach Polskich komandosów”, Mirosław Derecki


 

Pewnego razu byłem przesłuchiwany przez trzech oficerów – jednym z nich był gruby, wyperfumowany NKWD – zista, a pozostałymi, wojskowi o bardzo prymitywnej umysłowości. Dowiedzieli się oni, że przez osiem lat pracowałem w Paryżu jako artysta, co wydało się im niezwykle podejrzane.

„Jakie instrukcje dostaliście od swojego ministra spraw zagranicznych przed wyjazdem do Paryża?” – dopytywał śledczy

Odpowiedziałem, że minister nawet nie wiedział, że wybierałem się do Paryża.

„To w takim razie – ciągnął – co powiedział wiceminister?”

„On też nic nie powiedział” – odparłem. „Pojechałem do Paryża jako malarz, nie jako szpieg”.

„Czy wy myślicie – nalegał dalej – że nie rozumiemy, że wy, jako malarz, mogliście sporządzić plan Paryża i wysłać go do waszego ministra w Warszawie?

Zupełnie nie byłem w stanie go przekonać, że plan miasta można kupić na każdym rogu paryskiej ulicy i że polscy artyści jadący do Paryża nie byli szpiegami sporządzającymi sekretne plany. Żaden z nich nie dał się przekonać, że ktokolwiek mógł dostać pozwolenie na wyjazd za granicę, nie będąc jednocześnie wysłanym w roli szpiega.


„Katyń”, Janusz K. Zawodny


 

- Gdzie kapitan?

- Nie żyje.

- Nie pytałem jak się czuje, tylko gdzie jest?


„O jeden most za daleko” – z filmu


 

Lecieli nad Dieppe w ochronie konwoju morskiego. Nagle pojawiły się niemieckie Heinkle 111. Werner wsiadł jednemu na ogon i już miał otworzyć ogień, kiedy z tyłu kabiny niemieckiego bombowca pojawiło się jakieś migające światełko. "Niemiec nadaje Morsem! Chyba się poddaje!" - krzyknął podekscytowany do mikrofonu. Odpowiedział mu chóralny rechot kumpli: - Jakim Morsem, ty głupku! On do ciebie strzela! Werner zrozumiał, że ten "alfabet Morse'a" to były rozbłyski ognia z lufy karabinu maszynowego tylnego strzelca. Jeden ze Spitfire'ów podleciał bliżej, zgasił strzelca i strącił Heinkla długą serią. Na lotnisku Werner wysiadł z samolotu czerwony ze wstydu. Na szczęście kumple okazali się dyskretni i nie opowiedzieli nikomu o jego "morsowej" wpadce.


http://blogbiszopa.blog.onet.pl


 

Wykłady skończyły się i cała szkoła pomaszerowała do Czerwonego Boru. Był to wielki poligon, cały w lasach, niedaleko Zambrowa. Dzięki temu poligonowi umieszczono w Zambrowie Szkołę Podchorążych Rezerwy Artylerii, drugą po Włodzimierzu Wołyńskim. (…)

W Czerwonym Borze mieliśmy odbyć strzelanie pojedynczym cekaemem i pełną baterią, zbiorowe strzelanie z broni ręcznej i artyleryjskie. Mieszkaliśmy w barakach i w chałupkach w najbliższych wsiach na skraju poligonu. Pamiętam Krajewo Borowe i zdaje się Krajewo Szlacheckie. Zamieszkiwali te wsie prawie sami Krajewscy. I gospodarstwa, i ludzie bardzo różnili się od reszty Podlasiaków. W gospodarstwach było czyściej, domy lepiej utrzymane. A panny Krajewskie jedna w drugą. Jak szły do kościoła, to było na co oko wypiąć. Taka jak zahaczy biodrem o drzwi, to z futryną wyrwie.


„Ale serce boli”, Sławomir Lindner