„Nie jesteśmy żadną bandą” – major „Łupaszka” cz. I (2)

June 15, 2017

       Zygmunt Szendzielarz urodził się 12 marca 1910r. w Stryju, jako najmłodsze dziecko (miał sześcioro rodzeństwa) Karola Szendzielarza i Eufrozyny z Osieckich. 27 marca został ochrzczony w miejscowej świątyni. Uczył się we Lwowie i rodzinnym Stryju. Rodzina Zygmunta była oddana Bogu i Ojczyźnie. Dwaj starsi synowie Karola i Eufrozyny walczyli w obronie Lwowa przed bolszewikami w 1919r. Rudolf zginął, a Marian zasłużył na Krzyż Virtuti Militari. Drogą żołnierską poszedł również Zygmunt. 14 XI 1931r. wstąpił do Szkoły Podchorążych Piechoty w Ostrowi Mazowieckiej, którą ukończył w stopniu kaprala podchorążego (12 VIII 1932r). W Wyciągu Kwalifikacyjnym z Ostrowi Maz., dowódca kompanii Zygmunta zapisał:

 

„Charakter wyrobiony; wesoły, czasem porywczy, o bardzo dużej ambicji. Bardzo pewny siebie, wybitnie koleżeński i ofiarny. Bardzo karny, sumienny i obowiązkowy. W służbie wojskowej bardzo zamiłowany. Energia i wytrzymałość bardzo duża”.

1 X 1932r. trafił do Szkoły Podchorążych Kawalerii w Grudziądzu, gdzie przebywał do 5 VIII 1934r.

    Kolejną przystanią w życiu żołnierza był 4 Pułk Ułanów Zaniemeńskich, gdzie pełnił służbę w stopniu podporucznika. W 1938r. awansował stopień wyżej, ale był to nie tylko rok radości, ale i smutku. Podczas jazdy konnej, upadł na ziemię i uszkodził sobie kręgosłup. Kilka miesięcy poddawany był hospitalizacji. W tym czasie poznał swoją przyszłą małżonkę; wywodzącą się z zamożnego ziemiaństwa Annę (Hanię) Swolkień. Ślub odbył się w styczniu 1939r. W listopadzie, na świat przyszła córka Basia. Zdaje się, że okres wojny ujemnie wpłynął na małżeństwo. Żyli w separacji.

Wanda Szendzielarz (Swolkień):

 

„Ten straszny rok zaczął się od ślubu Hani z por. 4go Pułku Ułanów Zaniemeńskich, Zygmuntem Szendzielarzem i hucznego wesela w dniu 28 stycznia 1939 roku. Bogato, strojnie, elegancko przybył orszak weselny prosto z kościoła św. Ignacego, który był kościołem garnizonowym, do balowej Sali Hotelu Georgea. Bratanicę do ołtarza prowadził Witalis, pana młodego – przyszła teściowa. W chwili, gdy zwolna schodzili ze stopni ołtarza szczęknęły szable krzyżując się nad głowami nowożeńców i tak pod szablami, przez szpaler kolegów Zygmunta i tłumu ludzi oglądających ślub jak widowisko na scenie, szli w nowe życie moja Hania z Zygmuntem.”

 

         Rok 1939, to przede wszystkim okres wojny obronnej. Zygmunt Szendzielarz wziął w niej udział, jako dowódca szwadronu. Przeszedł z 4 Pułkiem Ułanów Zaniemeńskich szlak bojowy od Piotrkowa Trybunalskiego do Magnuszewa, gdzie wykazał się wysokim kunsztem żołnierskim, przeprowadzając swój szwadron za Wisłę. Otrzymał za to Krzyż Virtuti Militari V klasy. 4 PUZ nie stanowił już zwartej jednostki i wycofywał się, aż do chwili kapitulacji, która nastąpiła 27 IX 1939r. Zygmunt Szendzielarz, ze swoimi podkomendnymi dołączył do Nowogródzkiej Brygady Kawalerii, która podążała w kierunku Węgier. Niebawem dostał się do niewoli, z której uciekł. Próbował przez Węgry przedostać się do Francji, ale nie udało mu się. Wrócił w okolice Wilna, gdzie dołączył do tworzącej się konspiracji. Oczywiście 17 IX tereny te, na mocy porozumienia między Hitlerem a Stalinem, trafiły pod okupację Sowietów, którzy od razu rozpoczęli deportacje miejscowej inteligencji i kradzież dóbr narodowych, maszyn i urządzeń będących na wyposażeniu fabryk, zakładów i zakładzików. Tak im zostało już do końca okupacji…

 

Jacek Kaczmarski śpiewał:

„Już starty z map wersalski bękart,

Już wolny Żyd i Białorusin

Już nigdy więcej polska ręka

Ich do niczego nie przymusi.

 

Nową im wolność głosi "Prawda"

Świat cały wieść obiega w lot,

Że jeden odtąd łączy sztandar

Gwiazdę, sierp, hakenkreuz i młot”

 

 

      Wilno trafiło w ręce Litwinów, którzy przejęli je pod koniec października 1939r. Litwini podeszli do Polaków ostrożnie, zwłaszcza, że stanowili oni (Polacy) zdecydowaną większość metropolii. Niebawem zaczęli jednak wprowadzać litewskie nazwy ulic, obowiązkowy język litewski w szkołach… Aparat opresji ruszył pełną parą. Włącznie z tropieniem polskich organizacji konspiracyjnych.

 

       Zygmunt Szendzielarz działał na początku w strukturach Koła Pułkowego, które w okresie późniejszym weszło w skład Służby Zwycięstwu Polsce (powołanej przez gen. J. Rómmla 27 IX ‘39r.), powołanej „z zadaniem prowadzenia dalszej walki o utrzymanie niepodległości i całości granic”. Organizacja została rozwiązana w listopadzie, a na jej miejsce powstał Związek Walki Zbrojnej.

Z protokołu przesłuchań (1948r.) Z. Szendzielarza, na temat działania Koła Pułkowego:

 

„W początku 1940r. na terenie Wilna, za pośrednictwem podchorążego Ciemniewskiego znanego mi z 4 pułku ułanów, skontaktowałem się z przedwojennym rotmistrzem (nazwiska nie pamiętam), który zwerbował mnie do tworzonej przez siebie organizacji typu wojskowo – bojowego. Jako pierwsze i zasadnicze polecenie otrzymałem zorganizowanie szkieletu 4 pułku ułanów, w skład którego wejść miały cztery szwadrony liniowe i szwadron CKM. Przy tym wyjaśnił mi ów rotmistrz, że najpierw mam wyszukać i zwerbować sobie czterech dowódców szwadronów, a im polecić werbunek po trzech dowódców plutonów i ci z kolei zwerbować po trzech sekcyjnych , którzy ze zwerbowanych przez siebie 6 członków sekcji mieli trzech zatrudnić do wyszukiwania broni, siodeł itp. rzeczy, a pozostałych trzech sekcyjnych winni mieć w swojej ewidencji pamięciowej. Jeżeli chodzi o broń, to nie tylko członkowie sekcji mieli się tym zajmować, lecz wszyscy objęci systemem wyżej wymienionym, tzw. trójkowym. Prócz tego miałem polecone zorganizować aparat dowództwa pułku, zachowując go w ewidencji pamięciowej.”

ZWZ przejął wszystkie struktury swej poprzedniczki (SZP). W tym czasie, zgodnie z zasadami konspiracji, Zygmunt S. przyjął pseudonim konspiracyjny. Teraz, nazywał się „Łupaszka”. W 1940 roku zawiązał się Wileński Pułk Ułanów Śmierci, o którym niewiele jest informacji. Prawdopodobnie na czele jednego ze szwadronów, stanął właśnie „Łupaszka”.  

 

      W 1940r. zmienił się układ sił na Wileńszczyźnie. W sumie, to zmienił się dla całej Litwy. Sowieci sfałszowali wybory do sejmu (co nigdy nie przychodziło im z trudem…) i wcielili Litwę w skład Związku Socjalistycznych Republik Sowieckich. Terror sowiecki ruszył z niebywałą agresją i bestialstwem. Prześladowania, egzekucje, grabieże… stanowiły tło codziennego życia. Wszystko to, trwało  do kolejnej daty: 22 VI 1941r. Wtedy Hitler napadł na swojego wspólnika w rozbiorze Polski Stalina. Litwini, ale też Ukraińcy (co będzie zgubne dla wielu naszych rodaków) podjęli współpracę z hitlerowcami. Z jednej strony wzrastała liczba gułagów, a z drugiej obozów koncentracyjnych. Z jednej strony mordowali socjaliści, a z drugiej narodowi socjaliści.

 

Ponary, to dzisiaj dzielnica Wilna. Przed wojną była małą wioską dla letników. Dzisiaj kojarzy się z masowymi grobami rodzin żydowskich i polskich. Największe miejsce kaźni na kresach dawnej Rzeczpospolitej skrywa ciała około 100 tysięcy ludzi pomordowanych przez Niemców i Litwinów. Spoczywają tam również ciała Litwinów, którzy zostali zgładzeni za komunizowanie. Strzelało niemieckie Sonderkommando, a później litewska Lietuvos Szauliu Sajunga. W Ponarach zamordowano m.in.: prof. Kazimierza Pelczara (pioniera onkologii), prof. Mieczysława Gutowskiego (wybitnego znawcę prawa skarbowego), adwokata i kompozytora Stanisława Węsłowskiego (pierwszy konspiracyjny prezydent Wilna) i wielu innych przedstawicieli inteligencji. Kazimierz Sakowicz, który obserwował egzekucje z poddasza swego domu zanotował:

 

"Trzymali się fajnie, nie płakali, nie prosili, tylko żegnali się ze sobą i przeżegnawszy się szli…"

 

W tym okresie „Łupaszka” działał w komórce wywiadowczej, która koncentrowała się na terenie linii kolejowej Wilno – Ryga. Z pewnością, nie miał powodów darzyć sympatią ani Niemców, ani Sowietów, Litwinów, czy Ukraińców.

 

        W połowie roku 1943 „Łupaszka” znalazł się, na skutek reorganizacji struktur konspiracyjnych, w strukturach Armii Krajowej; przy Komendzie Okręgu Wileńskiego. W sierpniu objął dowództwo oddziału partyzanckiego, którym wcześniej dowodził „Kmicic” (ppor. Antoni Burzyński). Oddział „Kmicica” powstał z potrzeby ochrony miejscowej ludności, przed rabunkami i gwałtami sowieckiej partyzantki, która w tamtym okresie, oficjalnie była ponoć naszym sprzymierzeńcem. „Kmicic’, wspólnie z Sowietami zwalczali nawet niewielki pododdziały niemieckie, oraz współpracujące z nimi litewskie i białoruskie.

Pewnego razu, „Kmicic” został zaproszony przez płk Markowa na naradę. Zarówno

„Kmicic”, jak i oficerowie jego sztabu, z tejże narady już nie wrócili. Podstępnie zwabieni, zostali zamordowani. Reszta oddziału, w tym samym czasie została okrążona i wymordowana. Nieliczni, którym udało się wydostać z pierścienia, zasilili oddział „Łupaszki”. Miejsce pochówku ppor. Antoniego „Kmicica” Burzyńskiego i jego żołnierzy, do dzisiaj pozostaje nieznane.

Po kilku potyczkach z rosyjskojęzycznym „sojusznikiem”, z których „Łupaszka” i jego podkomendni wyszli zwycięsko, Sowieci zaproponowali Szendzielarzowi wznowienie rozmów. Czym pachniały takie rozmowy? Nie było złudzeń… Jednak jakoś trzeba się było dogadać. Rozmowy niewiele wniosły, bo zaufanie do sowieckiego dowództwa było, z wiadomych względów niemalże zerowe.

 

„Przygotowywaliśmy się do obiadu, gdy nagle z głębi wsi dały się słyszeć pojedyncze strzały karabinowe. Najpierw jeden, drugi… trzeci, a potem następne. Komendant polecił „Kitkowi” sprawdzić co się dzieje, a ten chwycił szybko za kurtkę i poleciał przez wieś w stronę lasu. Po chwili wrócił i zameldował – „Komendancie, Niemcy nas zaatakowali! Są już we wsi”.

 

Tak, wg. Antoniego Rymszy „Maksa” zaczęła się bitwa pod Worzianami. „Łupaszka”, chociaż ranny w ramię, do końca trzygodzinnej potyczki, dowodził brygadą. Kiedy podbiegła do niego sanitariuszka, powiedział: „To głupstwo. Opatrzysz mnie później. Najpierw opatrzcie wszystkich ciężko rannych żołnierzy. Potem wylał z rękawa nagromadzoną krew. „Maksowi” polecił:

 

„Maks”! Natychmiast ściągnij z placu boju wszystkich ludzi! Masz nie dopuścić do dobijania rannych Niemców! Każ zająć się również zebraniem naszych rannych i zabitych”.

 

W bitwie poległo blisko 20 żołnierzy „Łupaszki”. „Sokół”, chcąc pomóc rannemu Niemcowi, został przez tegoż zastrzelony już po bitwie.

Niemcy wycofali się, a kiedy powrócili na pobojowisko, znaleźli tylko 39 zabitych kompanów. Niestety, szansę na dobicie wykrwawionej brygady, dostrzegli Sowieci. Lidia Lwow – Eberle „Lala”:

 

„Po tej walce mieliśmy kilku ciężko rannych partyzantów, musieliśmy odesłać ich do Wilna. Tymczasem partyzantka sowiecka mając informację o bitwie i naszych stratach zwęszyła okazję do rozbicia znienawidzonego białopolskiego „Legionu”.

 

Na wymęczoną i okaleczoną formację „Łupaszki” uderzyły trzy połączone brygady sowieckie. Oczywiście nie miało znaczenia, że kilka dni wcześniej wypracowano z komunistami porozumienie o wzajemnej nieagresji. Rozpoczęła się kolejna bitwa - bitwa pod Radziuszami.

Warto jeszcze wspomnieć o świadectwie swego postępowania, które dali sami komuniści. Kapitan Manochin, dowódca sowieckich partyzantów wyciągnął takie oto wnioski, po rozmowach z przedstawicielami Wileńskiego Okręgu Armii Krajowej:

 

„Biorąc pod uwagę znaczący autorytet, jakim cieszą się polscy partyzanci wśród ludności miejscowej zachodnich rejonów obwodu, należy koniecznie i z żelazną konsekwencją zmieniać swoje zachowanie w stosunku do ludności, przerwać powszechne pijaństwo, rabunki panujące wśród części naszych partyzantów i zadać w ten sposób cios autorytetowi polskich partyzantów wśród znacznej części ludności katolickiej (…). W stosunku do legionistów i ich dowództwa prowadzić na zewnątrz politykę przyjaźni, a jednocześnie przygotować takie uderzenie, które pozwoliłoby zlikwidować nie tylko ich siły zbrojne, ale też wykorzeniłoby głębokie podziemie, pamiętając lekcję z Naroczy, kiedy to postraszyliśmy białopolaków i ich organizacja pozostała.”

 

 

       Po bitwie pod Worzianami, „Łupaszka” zarządził odpoczynek w okolicy wsi Radziusze, Radziuszki Łozowe i Niedroszle. Niebawem zjawili się Sowieci z propozycja rozmów. Szendzielarz wyczuł ich prawdziwe intencję i kiedy odjechali zarządził pogotowie bojowe. Wysłał też patrole, z których dwa zostały przechwycone przez komunistów i do miejsca zgrupowania nie powróciły. Tymczasem sowiecka partyzantka starała się sprowokować Polaków do potyczki. Co jakiś czas wychodziła na skraj lasu, po czym z powrotem się w nim kryła. O zmroku Sowieci zaatakowali.

 

„– Komendancie, tym razem mamy do czynienia z Sowietami. Słyszałem ruskie komendy. To nieprawdopodobne. Oni walą, z co najmniej trzystu karabinów maszynowych.” – meldował „Maks”. „Łupaszka” wyczuł plan przeciwnika i nie dał się wpędzić w pułapkę między „ruskimi” a rzeką. Zawczasu dał rozkaz przekroczenia koryta rzeki. Kiedy oddział „Kitka” przeprawiał się przez rzekę Stracze, ten osobiście osłaniał swoich podwładnych ogniem cekaemu. Po wyczerpaniu amunicji, wyskoczył przez okno i z bagnetem w ręku rzucił się na otaczających go Sowietów.

Po zakończonej już pod ostrzałem przeprawie, po tamtej stronie rzeki rozpętała się konkretna bitwa. „Łupaszka” zaniepokojony, czy nie został tam któryś z oddziałów wysłał gońca. Ten, powróciwszy zameldował:

 

„Dowódco, albo ja głupi, albo im się popieprzyło! Zewsząd słychać tylko ruskie komendy. Tam nie ma żadnych Polaków…”

 

Wysłano drugiego gońca, który stwierdził, że Sowieci biją się między sobą. W ciemności pomyliło im się wszystko, a do tego race wystrzelone przez „Łupaszkę” wzięli, jako sygnał do generalnego szturmu. Bilans potyczki jest taki, że po stronie polskiej zginął jeden żołnierz i jeden utonął podczas przeprawy. Kilku też trafiło do niewoli. Straty sowiecki to około 200 zabitych i rannych.

 

Bitwy Brygady znalazły odzwierciedlenie w hymnie 5 Brygady:

 

„My, to Kresowiacy, chłopcy Wileniacy,

Idziemy śmiało w bój

Za polską cześć, za honor swój!

My, to Kresowiacy, chłopcy Wileniacy,

Walczymy cały czas,

Choć mało nas, choć mało nas!

 

Lejemy krew, cierpimy rany,

Lecz zawsze jest przegrany wróg

Żodziszki, Bołosz i Worziany,

Ile zwycięstw dał nam Bóg!”

 

 

Pod dowództwem „Łupaszki”, narodziła się legenda 5 Wileńskiej Brygady Armii Krajowej, której nieoficjalna nazwa, po bitwie pod Worzianami to: Brygada Śmierci.

 

 

Źródła:

- „W sieci historii” nr 3 (46)

- „Wyklęci” nr 1, styczeń – marzec 2016r.

- „Na straconych posterunkach” – Kazimierz Krajewski

- „Bohaterskie akcje żołnierzy wyklętych” – J. Wieliczka-Szarakowa

- www.podziemiezbrojne.blox.pl

- www.kresy.pl

- www.dziennik.pl

- www.pch24.pl

- www.wmeritum.pl

- www.wilnoteka.lt

 

 

 

Please reload

© 2015 by "This Just In". Proudly created with Wix.com